O malowaniu słów kilka II…

Głównym motywem mojej twórczości jest człowiek, a właściwie postać, która, przybierając moje własne rysy, ukazuje różne stany ducha. Zazwyczaj wpatruje się intensywnie w widza, skupia uwagę w spojrzeniu albo mocnym akcencie kolorystycznym, postawionym na tle zawężonej  do szarości i zieleni kolorystyki obrazów. Dominujący realistyczny element tkwi w niesprecyzowanej przestrzeni. Postaci wyłaniają się, to znów gubią w malarskiej materii, gdzie  granica pomiędzy szkicem a skończonym obrazem często zostaje zatarta. Portrety stają się pretekstem do badania nastrojów i wyrażania emocji, dlatego z czasem twarz ulega różnym przekształceniom: osłonięciom zbędnych części mocną plamą barwną czy laserunkową maską lub wręcz przeciwnie, odsłonięciu, aż po same kości. Ważny pozostaje tylko jeden realny element – oczy – zwierciadła duszy, w których można tak wiele wyczytać i tak wiele zawrzeć. Zatem oko zostaje wpisane w różne konteksty, realizm miesza się z abstrakcyjnymi formami, obserwator staje się obserwowanym.  Cykle, które tworzę, stanowią ciąg wynikających z siebie poszukiwań od portretu budującego małowerbalny stan ducha przez emocje zawarte jedynie w spojrzeniu, aż po wizerunki postaci, będących podmiotem rozważań nad obrzędami przejścia.

Po ukończeniu studiów na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego w 2011 roku w mojej twórczości pojawia się temat liminalności. Cykle, które realizowałam skupiały się wokół człowieka i jego nie dających się w pełni zobrazować emocji. „Małowerbalny stan ducha” z 2012/13 składał się z portretów wyrażających stany, które przypisywane są fazie marginalnej („Narkoza codzienności”, „Mgła” czy „Zobojętnienie”). Obrazy ukazują napięcia pomiędzy tym co duchowe, a tym co fizyczne. Skupianie się na pasywnym wyrazie twarzy nasuwało mi pytania dotyczące mojej jaźni i jaźni odzwierciedlonej. To z kolei budziło chęć podjęcia pewnego rodzaju transgresyjnej zabawy z tożsamością, dlatego w następnym cyklu „Przemiany” owe portrety stały się obszarem poszukiwań różnych „innych”. Twarz – oprócz oczu – niknie, zatracając rysy, jakby postać dotyczyła owego liminalnego bytu. W cyklu „Inwigilacja” mój portret stał się rzeczywiście niewidzialny (zredukowany do samego oka), a przez to bardziej istotny.

Od 2017 roku na moich płótnach pojawia się postać, która jawi się jako archetyp. Narzucam jej pewne role, które ukonkretnione zostają poprzez szczegóły np. dziecko w „Kołysance” lub „Szamance”, albo zawieszam bohatera w niedookreśleniu, odcinając delikatnie z tła („Bezimienny grunt”). Zwiewna, szkicowa forma, fragmentami potraktowana jedynie konturem, niedookreślona, pozbawiona swej „substancjalności”, poprzez wydobycie światłem bryły, staje się bardzo „cielesna”, wręcz namacalna. Postać ma być próbą zestrojenia własnej obecności z nicością. Znajduje się ona w fazie limen, będąc tym, czym siebie uczyni – pełnym troski, heideggrowskim bytem „wrzuconym-w-świat”. Albo odnajdzie się w swojej roli, albo będzie tkwić w zawieszeniu, nieustannie poszukując swojego miejsca. To byt, który znajduje się „poza”, nie zyskał jeszcze nowej tożsamości, wymyka się regułom i wizjom idealnego społeczeństwa.

Reklamy

%d blogerów lubi to: