OBOJĘTNOŚCI czyli Małowerbalny stan ducha 2012/2013

ZobojętnienieObojętność Icicho szaPortret hłudnowskiMilczeniemilcząca siła

szal_porczynska_sukienka niezgody_2013Za plecamiza plecami - fragment/ behind the back - fragmentDwie godzinyobsesjatajemnicaCzastka ciebieHungarian DreamSzepczące sumienia domuskrzypaczka

ŻółtyCzerwonyBłękitna apatia

dziasiaj_niedziela-na-obiad_będzie_rosół_TopielicaTopielica II

(Fragmenty)

(…) W moich oczach tkwił lęk. W moich oczach tkwił potworny lęk i strach. Lustra wciągały mnie, to wypluwały na przemian, bawiły się odbiciem mych bezdennie ciemnych oczu, mych wystających kości policzkowych, chudych obojczyków i wyraźnych kosteczek mostka. Otchłań przede mną to się otwierała, to znów zamykała i nie wiedziałam już, z którego stanu rzeczy mam się cieszyć, a z którego nie. Strach wydobyty z kart paraliżował moje ciało, bezsilnie próbowałam zmiąć je, podrzeć, spalić i wyrzucić jak najdalej od mojej rozchybotanej osoby, ale one odradzały się jak feniks z popiołu i ni stąd ni zowąd ponownie pojawiały się przed moimi zlęknionymi oczami. Najpierw robiło mi się gorąco, czułam jak cierpnie mi mózg, jak w głowie gra muzyka z każdego zakątka ziemi, niezgrana i głośna, szumna jak w hucie, dźwięki, które przed egzaminami semestralnymi wydobywała z instrumentów wszelakiej maści gromada zestresowanych uczniów szkół muzycznych w jednej sali – niezrozumiały jazgot, brzęk i huk jak roje pszczół pracujących w ulu, ponadto echo potęgujące natężenie tych dysonansów paraliżujących moje szybko wprawiające w ruch nerwy. Fatalne brzmienia bełkotały mój umysł, odrywały mózg od ścianek czaszki i poruszały nim na boki niczym rozgotowaną papką, czułam jak drętwieje mi przysadka, jak stado mrówek wędruje od czubka głowy wzdłuż szyi i rozprzestrzenia się po ciele wywołując pot, drgawki i panikę. Traciłam kontrolę nad ciałem, mrówki i pszczoły razem wzięte, czyniące spustoszenie dostawały się wkrótce do mojego serca i zjadały go w przyśpieszonym tempie. Pociły mi się dłonie, buchające gorąco przelatywało po ciele, aż w końcu dostawałam zimnych dreszczy i strach ostatecznie pociągał za sznurki.(…)

– Boisz się?

– Boję. Bardzo się boję, jestem śmiertelnie przerażona, weź ode mnie tę książeczkę, w niej siedzi strach!

– Ja dostałem jedną kartkę, tylko jedna kartkę strachu, ty całą książeczkę…

– O…jest niebieska, nie taka pożółkła jak moje…w kółka. Ładna. Nie to, co mój lęk.

– Ale błękit żyje.

– Nie widzę, gdzie?

– Bo jest moja. Kółka tańczą, widzisz?

– Nie. Mów więc, co widzisz?

– Niebieskie kółka rozsuwają się na boki w środku wyłania się postać…

– Prawda?

– Nie wiem.

– Poznajesz ją?

– Tak, teraz tak…to twoja podobizna Eurydyko.

– I co teraz?

– Naprawdę nie wiem. Prawda się skurczyła. Już nic nie widzę.

– Mów proszę, czy znowu widzisz same błękitne kółka?

– Tak, tylko kółka, zwykłe kółka…

– Chodźmy stąd.

– Szukam drogi. Drogi przez tory.

– Mój strach jest zbyt duży, muszę pomyśleć, przypomnieć sobie wszystko od początku. Mów coś proszę. Milczenie jest gorsze, wszystkie przemilczane prawdy staja się jadowite!

– Ale tego już nie ma, przecież zerwałaś wszystkie wyjątkowe kwiaty, splamiłaś dłonie zbrązowiałym mlekiem, ukryłaś je.

– Tak, ukryłam, a teraz znów stoję przed blokiem, nie mogę wejść do klatki, bo jest taka mała, maluteńka, skurczyła się. Nie dam rady wejść.

– A wiesz chociaż jak jest w środku?

– Wiem, przecież tam mieszkam. Najpierw wchodzisz do klatki, wsiadasz do szklanej windy, naciskasz guzik i znajdujesz się na piętrze. Mijasz wielu ludzi, a twój pokój jest wolny od wszelkiego zamętu.

– To dlaczego tam nie pójdziesz?

– Już ci mówiłam, nie mogę. Drzwi wejściowe się skurczyły, nie zmieszczę się, i jeszcze ten pies, ten straszny pies ciecia, ten pies, który mnie ciągle śledzi i jest coraz większy, bo objada się moim strachem. Wbiegł do klatki. Ja już nie zdążyłam.

– Poczekaj więc na zewnątrz..

– A mam inny wybór? Przecież nie wsadzę tylko jednej nogi.

(…)

A czasami w nocy bywało tak cicho, że dokładnie słyszałam jadące dwa kilometry dalej pociągi, jakiś pies szczekał, a koła stukały o szyny. Świeciła się tylko zielona lampka na parapecie. Mała spała w łóżeczku owiniętym z dwóch stron kocami, aby światło nie wybudzało ją ze snu. Za oknem cykały świerszcze, pełno drobnych muszek, komarów i małych zielonych koników wlatywało przez uchylone okno, było jednak zbyt gorąco, żeby je zamknąć, a po ciemku nie mogłam czytać. Coraz to nowe stworzenie ginęło w uścisku książki, w ostatnim pocałunku, jakim i mnie niegdyś uraczono, a potem tkwiło przylepione do parapetu i wielkiej marmurowej głowy, która czasem chyba myślała za mnie.

Zapisz

Zapisz


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: