Bo źle patrzysz

bo_źle_patrzyszTych dwóch mężczyzn pierwszy raz minęłam na drewnianych schodach kamienicy. Obaj ubrani byli w czarne, błyszczące skóry, zupełnie jakby uciekli z klubu harley’owców:obaj mieli czarne, postawione na brylantynie włosy, ale tylko jeden z nich (ten, który stał do mnie tyłem, kiedy omijałam ich na schodach) w jakiś sposób wzbudził moją ciekawość, gdy wchodziłam na piętro, na którym znajdowało się moje mieszkanie. Cofnęłam się i zerknęłam jeszcze raz. Przerwali rozmowę i również spojrzeli na mnie. Zobaczyłam jego ciemne oczy podkreślone równymi bruzdami, wystraszyłam się tego wzroku, był taki obcy i groźny.
– Bo źle patrzysz! – wrzasnął i rozpiął skórzaną katanę, spod której wydobył ostry nóż. Zaskoczona chciałam jak najprędzej znaleźć się w mieszkaniu, ruszyłam więc naprzód, słysząc w oddali jego kroki i groźby.
– Przez to, bo źle patrzysz!
– Patrzeć nie wolno?
Wystraszona nie na żarty, zaczęłam biec. Pośpiesznie wyciągnęłam klucz z kieszeni, który jak na złość zaplątał się w łańcuszek, a rozdygotane palce utrudniały mi rozsupłanie węzłów. W końcu udało mi się i, walcząc jak szermierz z zamkiem, zdołałam otworzyć drzwi. Byłam przerażona, trzęsły mi się ręce, a jego kroki było słychać coraz wyraźniej. Zamknęłam mieszkanie od środka. Uf. Byłam bezpieczna. Jakie to proste. Przebrałam się w koszulę nocną i położyłam do łóżka. Po pewnym czasie zbudził mnie szmer męskiego głosu, to on krążył po
balkonie i zaglądał w okno.
– Bo źle patrzysz, rozumiesz?
Miałam wrażenie, że widzi każdy mój ruch, że tylko czeka na okazję, abym wychyliła głowę z mieszkania zupełnie jak w bajce o kotku i kogutku, którą opowiadała mi mama, kiedy byłam dzieckiem. Teraz jednak owa dobranocka wcale mi się nie podobała, nie chciałam być naiwnym Kogutkiem, który dał się nabrać na pokusę sprytnego Lisa, a potem wołał spacerującego gdzieś w lesie Kotka o pomoc.
Był coraz bliżej, zaczął walić w okno, ciałem otaczał front budynku i zlewał się z jego strukturą. Był wszędzie, gdzie spojrzałam, miał mnie w garści, a ja nie wiedziałam, kogo poprosić o ratunek, nikt nie był w stanie mnie ocalić, a on się zbliżał, przepływał framugami, szparą pod drzwiami i dziurką od klucza. Nie mogłam znaleźć telefonu, aby wezwać policję, wszystko mi się mieszało, a rozkołatane nerwy wcale nie ułatwiały mi logicznego myślenia, poprzewracałam krzesła, zdarłam koc z łóżka, wywaliłam wszystko z półki i nic, po prostu zapadł się pod ziemię. Czułam na sobie jego zimny, czarny wzrok, pomyślałam, że ucieknę jakoś, wymknę się niepostrzeżenie, a że miałam na sobie tylko koszulę nocną musiałam się przebrać. Szło mi to jednak bardzo niezdarnie, nie mogłam zasunąć rozporka w spodniach, skarpetki jak zaklęte zsuwały mi się ze stóp, jak tylko je zaciągnęłam, biegałam, skakałam i usiłując naciągnąć przez głowę golf zauważyłam nieszczęsny telefon, który spokojnie leżał na taborecie. Wystukałam numer na policję, czekając jak na zbawienie, aż ktoś się odezwie, lecz ku mojej wielkiej rozpaczy nikt nie odbierał.
Klucz trzasnął w drzwiach, framugi zadrżały. To jego ciało przenikało na wylot moje przerażenie. Stałam więc jeszcze boso i wsłuchiwałam się w głuchy odgłos w słuchawce. Wbiegłam do kuchni w poszukiwaniu butów, nie wiedziałam, co robić, jeszcze raz zadzwoniłam o pomoc, ale i tym razem nikogo nie interesowała moja coraz bardziej fatalna sytuacja. Czułam go już całą sobą, był naprawdę blisko, straciłam nadzieję i pozostało mi tylko czekanie na zgubę, na jego ciemny zły wzrok, włosy koloru sadzy i nóż pod skórzaną kataną.
Ostre powietrze musnęło moją słabą postać, straciłam równowagę i osunęłam się na ścianę, która, w chwili, gdy ją dotknęłam, zapadła się. Nagła radość zawitała we mnie i nie podnosząc się, przeszłam na czworakach przez otwór, w którym nieco głębiej pojawiły się drzwi. Okazało się, że było to przejście do sąsiedniego mieszkania, zupełnie jakby  wrota tkwiły tam od lat i tylko czekały na śmiałka, który odważy się je odnaleźć i przekroczyć. Zamknęłam za sobą drzwi i ruszyłam przed siebie. Był to wąski korytarz o ścianach pomalowanych na ciepły pomarańcz. Nie znalazłszy wcześniej butów, kroczyłam w samych skarpetkach  po dywanie, który był niesamowicie miękki i przyjemny dla stóp, powoli doganiałam promienie słoneczne, które wpadały z naprzeciwka przez otwarte okno otulone różową zasłoną.
W domu nikogo nie było. Nikogo, kto mógłby mnie uratować. I choć czułam się w nim bezpiecznie, wiedziałam, że nie mogę w nim zostać dłużej. Ostrożnie rozglądając się opuściłam mieszkanie i wybiegłam na podwórko. Skarpetki wtapiały mi się w nieco wilgotną ziemię, jednak nie przejmowałam się tym zbytnio, biegłam jak najszybciej potrafiłam, aby czym prędzej oddalić się od dziwnego mężczyzny, który z pewnością nie czuł do mnie sympatii. Skrótami goniłam po wąskich ścieżkach, przechodziłam przez ogrodzenia, sady, miejskie osiedle i parki! Zmęczona, zdyszana i z kompletnie przemoczonymi stopami dotarłam do nieznanej mi wsi. Stanęłam chwilę i szybko oddychając spuściłam głowę opierając ręce o zgięte kolana. Przypatrywałam się sczerniałym skarpetkom, a pod stopami czułam każdy kamyk, który znajdował się na szosie. Podniosłam się i ruszyłam dalej. Bolały mnie nogi, żwir niemiłosiernie wbijał mi się w stopy, nigdzie nie dostrzegałam ludzi, nie wiedziałam, gdzie jestem i dokąd idę. Zupełnie straciłam orientację.
To wszystko wydawało mi się przerażająco dziwne, ta opustoszała jakby wymarła mieścina, ta głucha i przerażająca grobowa cisza, byłam coraz bardziej słaba, serce waliło mi jak młotem, a policzki trawiły bordowe wypieki. Szłam pod górę tylko po to, by nieco dalej z niej zejść, ale gdy zeszłam, usłyszałam głosy. Zaczęłam biec w ich stronę, a na końcu wzniesienia dostrzegłam ludzi. Dwaj młodzieńcy siedzieli przy stoliku zadaszonym parasolką i grali w karty; mieli niesamowicie jasne włosy, i równie jasne, jakby spalone przez słońce wąsy i brody przypominające przecinki. Gdy podeszłam bliżej spostrzegłam, że są identyczni. Na głowach mieli śmiesznie założone czapki z daszkami wywiniętymi w różne strony, w ogóle byli bardzo osobliwie ubrani.
– Zaraz – pomyślałam – przecież ja ich znam, to Bliźniacy, tak, teraz poznaję, to na pewno oni, tylko wyglądają jakoś tak inaczej.
Po drugiej stronie jezdni ze żwiru, mocno opalony mężczyzna w dżinsowych ogrodniczkach toczył koło do samochodu. Podeszłam do chłopaków.
– Cześć, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo się cieszę, że was widzę – rzekłam uradowana. Jednak oni, ku mojemu zdziwieniu i rozczarowaniu, nic nie odpowiedzieli, nawet się nie przywitali, spojrzeli tylko na mnie, zbadali wzrokiem z góry do dołu i wrócili do swojej gry.
– Nie poznajecie mnie? Hej! Co z wami, musicie mi pomóc, goni mnie jakiś szaleniec z nożem, proszę chłopaki, to ja, nie poznajecie mnie? – Oni nadal nic nie powiedzieli, nie raczyli już nawet spojrzeć.
– Błagam was – lamentowałam – jesteście moją jedyną nadzieją. Jednak i tym razem nie reagowali na moje prośby. Stałam bezradnie obok nich i nie wiedziałam co robić, czułam się jak kompletna idiotka, co opowiada jakieś bzdury, trzęsie się ze strachu i w dodatku biega w samych skarpetkach. Oni mnie zwyczajnie zlekceważyli, czułam się upokorzona i nieszczęśliwa, jakbym pochodziła z innego świata. Spojrzałam na ulicę. Panował tam spokój, który przyprawiał mnie o dreszcze, owy stan ciszy przed burzą, totalne uśpienie okolicy, marazm i tajemnica. Z naprzeciwka wyjechał wóz policyjny.
– Hej! – krzyknęłam wzbudzając w sobie nadzieję – Hej, proszę się zatrzymać.
Popatrzcie, jedzie policja, może oni mi pomogą, tak, oni na pewno mi pomogą!
Ale choć machałam i darłam się wniebogłosy, gliniarzom nawet się nie śniło, by stanąć. Zupełnie, jakby mnie nie widzieli, ani nie słyszeli, jakbym była jakimś duchem latającym nad tym zaklętym miejscem.
– Poczekaj chamie, ja cię zaraz zatrzymam – zaklęłam i podniosłam nieduży kamień, którym cisnęłam w wolno przejeżdżający radiowóz. Kamyk odbił się o bagażnik i odprysł na szybę.
– I co? – zapytałam samą siebie wierząc, że teraz z pewnością zawróci.
Chciałam, żeby mi pomógł, pragnęłam za wszelką cenę zatrzymać go, nawet, gdyby miał mnie aresztować, bo wszystko w tej chwili było dla mnie lepsze niż tkwić w tej opuszczonej przez Boga dziurze w przemoczonych, brudnych skarpetach. Rzuciłam kolejny kamień, ale policjant widocznie był zbyt zajęty patrolowaniem nie wiadomo po co swojego rewiru, bo nawet nie krzyknął, nie pogroził, ani nie zatrąbił.
– Co jest grane? – byłam już zupełnie zdezorientowana i powoli ogarniał mnie
szał.
U chłopców w dalszym ciągu nie wzbudziłam większego zainteresowania. Miałam ochotę zrzucić im te durne czapki z łbów, wydrzeć za fraki zza stolika i tak wpieprzyć, żeby mnie popamiętali. Na przemian wybuchała we mnie złość i śmiech, czułam się jak opętana, jak w kompletnym obłędzie.
– Chłopcy – krzyknął opalony mężczyzna – chodźcie, już nałożyłem koło, możecie jechać.
Od razu wstali i zamierzali pójść w jego kierunku.
– Nie, nie zostawiajcie mnie, musicie mi pomóc – biegałam wokół nich i nie mogłam uwierzyć, że nie reagują zupełnie na mają histerię.
– Nie wierzycie mi? Przynajmniej zabierzcie mnie ze sobą, jestem sama i nie wiem gdzie, błagam, nie zostawiajcie mnie tu, serca nie macie czy co?
Wtedy usłyszałam okropny huk, a potem na szosie dostrzegłam kłęby kurzu.
To ON jechał po mnie na swoim harley’u.
– Błagam, to właśnie on, co mam zrobić, żebyście mi pomogli, nie zostawiajcie mnie tu, co wam jest? Spójrzcie na mnie. Jak ja wyglądam. Cała się trzęsę, spójrzcie na mnie…
Łapałam się za ich wyrościągane swetry, przykucałam do rąk, nóg, a oni zupełnie jakby byli głusi i ślepi, ciągnęli mnie uczepioną za sobą.
– Zostaw ich – wrzasnął zatrzymując motocykl.
Puściłam uścisk. Kurz opadł razem ze mną na kamienisty, piaszczysty bruk. Oni odeszli, patrzyłam jak wsiadają do samochodu, to znów zerkałam na niego, jak zsiada z motocykla i podchodzi w moją stronę.
– Dlaczego? – załkałam, podnosząc się z ziemi na środku jezdni.
– Bo źle patrzysz! – odparł sapiąc.
Myślałam, że wyciągnie nóż, wbije mi w samo serce, ale on, patrząc na mnie złowieszczo, wyciągnął, nie narzędzie zbrodni, lecz kraciastą chustkę, którą otarł sobie spocone czoło.
– Wiesz jak się przez ciebie zmęczyłem tym pościgiem?
– Słucham? Ty się zmęczyłeś? Przecież przez cały czas siedziałeś wygodnie na motorze, a ja, ja nie dość, że przez całą drogę biegłam, to jeszcze nie miałam butów, popatrz, jestem w skarpetkach, brudnych, mokrych, podziurawionych, czy wiesz, co ja przez ciebie przeżyłam, nikt mi nie chciał pomóc, najpierw ten złośliwy telefon, puste mieszkanie, ta zapadła dziura, chłopcy, których zresztą znam, a potraktowali mnie jak trędowatą, policja po raz drugi… nikt! A ty mówisz, że się zadyszałeś, litości, bo pęknę ze śmiechu, co niby ja mam powiedzieć, nie dość, że bolą mnie stopy, cała się trzęsę, nie mam pojęcia gdzie jestem, wszyscy mnie odtrącili i nikt nie pofatygował się wyciągnąć do mnie ręki jak leżałam na środku ulicy. I dlaczego, powiedz mi, dlaczego?
– Bo źle patrzysz. – powiedział i też nie podał mi dłoni.

Przemyśl 2004

Zapisz


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: