Bronka Lee – Mauro

To była Bronka. Bronka Lee. Pamiętam, kiedy wychodziła za mąż. Za takiego samego nędzarza jak i ona. Po pauzie stała się Mauro. On był innowiercą. Dokładnie nie kojarzę religii, z którą się związał, ale Bronce odpowiadało wszystko: on, jego ubóstwo oraz wyznanie. Zaraz po ślubie ogoliła pół głowy upodabniając się do niego, zostawiła kępkę włosów od czoła do czubka i nieco przy karku. Jak można było przewidzieć, nadal pozostawali biedakami i nawet, gdy Bronka urodziła mu syna nie zmieniło się zupełnie nic. Kiedy spotkałam ją ponownie, ich dzieciak miał dwa lata i głowę ogoloną w ten sam charakterystyczny sposób. Trzymał się brudnego konika wystruganego z drewna.
(…)
Wioska Bronki była mała, a i ten przymiotnik określający owo miejsce wydawał się ogromny w porównaniu do samego określenia. Wioska Bronki była tak malusieńkich rozmiarów, że gdyby otoczyć granice taśmą, można by oglądać jej każdy centymetr z dowolnie wybranego miejsca. Wioska Bronki nie miała asfaltowych dróg; ani dróg, ani chodników, ani nawet ścieżek z kocich łbów. Był to zwyczajny plac pokryty błotem i zgniłą trawą, toteż kiedy wkroczyłam do tego osobliwego miejsca, od razu dostrzegłam chałupę Bronki, którą stanowiła drewniana, ledwie trzymająca się kupy rudera. Bronka pilnowała syna, który tupał niepewnym krokiem przy brudnym drewnianym koniku. Pan Mauro przybijał gwoździe w deski rozlatującego się domu, jakby ostatnimi siłami pragnął utrzymać go w pozycji pionowej. Wszystko było brudne, jakby obrzygane zaschniętym błotem.
– Dzień dobry – przywitał mnie starzec, który siedział zaraz na początku wioski. Był jak dom Bronki – stary, gnijący, rozwalający się gruchot. Siedział przy błotnistej drodze i obie dłonie wspierał na lasce. Zatrzymałam się. Obok przebiegła, a raczej przykuśtykała, kura-kaleka. Zupełnie nie miała pierza, była pozbawiona jednej nogi, a i druga pozostawiała wiele do życzenia; zastępował ją bowiem kikut po niedawnej amputacji.
– Sioooo! – krzyknął przeciągle staruch.
Byłam tak zdegustowana całą tą sytuacją i miejscem, że nawet zapomniałam o dobrych manierach i nie odpowiedziałam na pozdrowienie.
– Pani przyjechała pomóc, prawda? – ciągnął dziad.
Patrzyłam raz na niego, raz na okaleczoną kurę i właściwie to nie myślałam o czym on mówi, tylko zastanawiałam się, po co męczyć to biedne zwierze i trzymać je przy życiu, takie pozbawione wdzięku, zdrowia i godności.
– Pani uratuje Bronkę. Bronkę Lee-Mauro! – nie dawał za wygraną, ja jednak stałam jak słup i mimochodem spostrzegłam zbliżającą się Bronkę.
– To ona. Ona pomoże – radził staruch niczym jakiś mędrzec. – Broniu, oderwij kurze pozostałą nogą, zrobimy ucztę, trzeba gościa poczęstować, w prawdzie niewiele jej zostało, ale noga to noga, smaczna i tyle.
– Nie, dziękuję! – wreszcie udało mi się cokolwiek wykrztusić. – Zostawcie kurę… nogę, ja nie jestem głodna.
– Ale co pani mówi – oburzył się po czym zwrócił się do Bronki – Łam, rwij, niech trzaska, złap tą cholerną kurę i wyłam jej nogę jakbyś serce z piersi rwała! Łam dziewczyno, rwij i rzuć na ruszt, tak rzadko ktoś nas odwiedza! – krzyczał dziad jak w transie, a na jego pomarszczonej twarzy pojawiły się gorączkowe wypieki. – Łam rwij!
Bronka motała się za mną i usiłowała złapać kurę, która resztkami sił kuśtykała kikutem, ciągnąc swe –  pragnące jeszcze żyć – obszarpane ciało. I wtedy usłyszałam chrupnięcie. Krew bryzła z kury złapanej przez głupią dziewuchę i oblała mnie od stóp do głów.
– Prysznic, prysznic – nakazywał dziad – Mauro, Mauro, przynieś węża, zlejcie gościa, zmyjcie krew!
Mauro porzucił dotychczasową robotę i przybiegł z gumowym wężem, z którego już tryskała woda. Za nim dreptał synek. Silny strumień wody skierowany wprost na moja twarz sprawił, że traciłam oddech. Broniłam się jak mogłam, machałam rękami prosząc o koniec. Gęsta, czerwona krew spływała ze mnie na dół, tworząc na drodze bajoro.
Wreszcie przestali. Dziad zadumał się. Kura zdechła. A Bronka zawstydziła się, że nędzarą zostanie i obróciwszy się do pana Mauro, kazała mu zabrać syna.

Wtedy widziałam ją po raz ostatni. Jej dziwnie wygolona głowa była pełna kurzu i zakrzepłej krwi. Właśnie wtedy byłam bliżej nagrody niż ona. Bronka. Bronka Lee-Mauro.

Łańcut 14.01.2006.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: