Dzień bezprąd

Tak zwany bezprąd rozpoczął się z rana. Była to godzina ok. 5: 01 czasu letniego, dnia czternastego października roku dwa tysiące czwartego. Niby zwykła usterka, ot chwilowa awaria, którą można usunąć w ciągu dwóch minut. Wszystko wydawało się proste, błahe i niepotrzebne zmartwień, toteż jak co dzień czyniłam, udałam się w sam środek wielkiego mózgu, który dostarczał mi wiedzy.
Powrót wróżył pełen zasób światła, ogrzane mieszkanie i ciepłą wodę w boilerze, jednak już przy samym wejściu do czynszowej kamienicy dostrzegłam, że nie działa domofon. Otworzyłam bramę i razom z Kasią i Wiesią znalazłam się w ciemnym korytarzu woniącym szczynami. Kiedyś zastanawiałyśmy się obficie, dlaczego woń jest tu tak bardzo nieprzyjemna i pewnego pięknego dnia otrzymałyśmy odpowiedź, która poraziła nas niczym ten prąd, którego dnia dzisiejszego zabrakło.(…)

Czym prędzej weszłam na drugie piętro, balkonem, który cały drżał pod wpływem naszych kroków. Było zimno. Moje dwa swetry i czarna kurtka sztruksowa z licznymi klamrami przestały mnie grzać. Na dole skrzeczały kanarki, zajeżdżało od nich ptasimi gówienkami – zresztą tam gdzie przebywałam tymczasowo, zawsze i wszędzie śmierdziało gównem, kupy panoszyły się w każdym zakątku, i człowiek nigdy nie był pewien, kiedy wdepnie w smroda lub kiedy nieoczekiwanie niebiosa spuszczą nań gównianą glutę.
Niejaka Natalia, kobietka dość drobnej postury o szalonych i jakże oryginalnych pomysłach, miała już tak doskonale wyrobiony węch, zdanie i kalkulacje, że potrafiła odróżnić sto czterdzieści osiem rodzajów odmiennych odchodów psich, kocich, kaczych, ptasich, końskich, ludzkich i w ogóle cała masa kup nie dawała jej spokojnie spać po nocach tylko myślała jakby tu wykorzystać ten ogrom nagromadzonych spraw. Jednym zdaniem stworzyła nowy trend o nazwie Gównologia, a potem uznała, że życie w Polsce jest gówniane i wyjechała do Madrytu regularnie zdając mi szczegółowe relacje z pobytu, o których może kiedyś coś naskrobie, no chyba, że gówno z tego mi wyjdzie.
Wiesia otworzyła drzwi i weszłyśmy do środka, gdzie wydawało się być jeszcze zimniej niż na zewnątrz.
– O masz ci los – lamentowała Kasia – prądu nadal nie ma!
Kasia była jedną z tych osób, które stanęły na mojej życiowej drodze niczym Anioł, nigdy wcześniej nie znałam tak wartościowej i bezinteresownej osoby jak ona, kiedy ją poznałam w dość ciężkim okresie swojego życia, odzyskałam wiarę w ludzkość i zrozumiałam, że przyjaźń to nie tylko puste słowo.
– Zobacz korki – powiedziałam, bo zdarzyło się już nie raz, że po przeciążeniu wywalało korki, a przyczyna jak zresztą wszystko w tej kamienicy, była dość prosta i zahaczająca o patologię, gdyż nasi ukochani sąsiedzi obok nie mieli ani prądu, ani wody, właściwie to mieli tylko mury, świeczki, siebie znienawidzonych nawzajem i wszechobecny smród meliny, przeciekający szczelinami na zewnątrz niczym kłęby dymu. Zawsze wieczorami palili świeczki i podłączali się na lewo, żeby ogrzać mieszkanie póki alkohol nie zacznie działać.
I wtedy właśnie następowało przeciążenie. Pyk. I ani oni nie mieli prądu, ani my. Wkurzało nas to niesamowicie. Ale jeszcze bardziej doprowadzały nas do szału ich środkowonocne powroty do domu. Jakbyśmy co najmniej byli stróżami nocnymi, dzwonili do nas domofonem na zmianę, raz on, raz ona o czwartej nad ranem i zapijaczonym nieprzytomnym głosikiem prosili o otworzenie bramy, ba! Żeby choć prosili, ale w ich głosie nie było krzty zmieszania, wstydu, że budzą nas nad ranem, oni po prostu wymagali tego od nas i tyle. Do jasnej cholery! Raz, drugi można, ale nie stale, dzień w dzień i proszę i proszę i proszę mi otworzyć! Recytowali beznamiętnie, bo jedno drugiemu robiło na złość i nie otwierało. Kaśka pewnej nocy nie wytrzymała i nie otworzyła. Wrzasnęła „Nie!” i rzuciła słuchawką. Po paru godzinach i tak zjawiał się „na salonach” a zza ściany było słychać zachrypnięte powitanie:
„Wypierrrrdalaj chuju”
„Sama spierrrdalaj ty szmato!”
Kasia otworzyła skrzynkę mieszczącą się obok okna w kuchni. Wszystko wydawało się być w najlepszym porządku.
– Dzwon Zygmunta – odparła dyplomatycznie Wiesia – Ratuje nas tylko Dzwon Zygmunta.
Kasia wyszła na balkon, zaciągnęła rękawy i poczęła wspinać się na wieże zegarową mieszczącą się za sąsiednim balkonem. Była to olbrzymia biała wieża, niegdyś miała należeć do kościoła jakiegoś tam, nie pamiętam, ale gdy wybudowano jedną część, reszta okazała się już nie potrzebna. Kościół nigdy nie powstał, a wieża zegarowa została tak osamotniona pośród kamienic czynszowych. Kasia wspinając się po dachu wdrapała się na komin, a potem zgrabnie wskoczyła na płaski relief wieży. Pełzła przyssana do muru, aż dotarła do gzymsu, a następnie do czarnej poręczy. Podciągnęła się i przeszła na balkon, gdzie stanęła wyprostowana i rozpromieniona. Zegar wybijał właśnie szóstą. Weszła przez okrągłe okno i nasłuchiwała jak Dzwon Zygmunta udziela jej dobrych rad.
Zygmunt był pośrednikiem, który odbierał od nas co miesiąc pieniądze, co miesiąc bił w wielki dzwon, który dla wygody przymocował sobie na wieży i tak oto został Dzwonnikiem, który zawsze jest gdzieś tam na górze i zawsze chętnie da nam radę, co zrobić w danej sytuacji, a jak wiadomo w takim rozwalającym się lokalu sytuacji jest wiele, więc Zygmunt zamieszkał we wieży z całym swym majdanem i podziwiał miasto z góry.
– Musimy iść do chłopaków i sprawdzić korki na korytarzu. Jedna skrzynka jest gdzieś nad domofonem, a druga na piętrze – powiedziała, gdy zeszła z wieży.
Zabrałyśmy czerwone świeczki zakupione w Maksicenie za jedyne pięćdziesiąt dziewięć groszy i ruszyłyśmy po pomoc do sąsiadów. Jak się wkrótce okazało wszyscy dookoła (prócz nas no i oczywiście meliniarzy) mają prąd. Byłyśmy naznaczone tą siłą, która zżera nas co rano, a w nocy spać nie daje, byłyśmy wyjątkowe w naszej osamotnionej odmienności i pełne energii, na to by oświetlić i ogrzać całe miasto; jednak sobie pomóc nie potrafiłyśmy.
Puk, puk – stukałyśmy w drzwi sąsiadów.
– Cześć – powiedział Damian stojąc w drzwiach.
– Cześć, mamy do was chłopaki prośbę. U nas nie ma od rana prądu, jest nam zimno i boimy się ciemności. Pomożecie nam znaleźć korki i wyłączyć prąd w całej kamienicy, aby nikt nas nie wytykał palcami?
(…)
– Dobra, przekażę kolegom – odpowiedział i wszedł do mieszkania, a my
zostałyśmy na korytarzu i ze świeczką szukałyśmy prądu.

Przemyśl 2004


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: