Eryk

(…)

Na niebieskiej ścianie padał cień trzech głów, twarze oświetlał blask świecy. Eryk ze stoickim spokojem słuchał komicznych opowiadań kumpli, a ja przyglądałam się ich fizysom.
– …przecież ja nie jestem pederastą! Myślałem, że rozszarpię tam tego pedofila pieprzonego, dobierał się do dziewczynki, ona miała ze czternaście lat, musiałem stamtąd wyjść, bo bym go zabił, ja mam oficjalne oskarżenie, że jestem zbrodniarzem, alkoholikiem, schizofrenikiem, wykolejeńcem z żółtymi papierami i stałym meldunkiem w pierdlu, człowiekiem bez człowieczeństwa, bez zasad moralnych, bez kultury osobistej, bez wykształcenia, bez dowodu osobistego, bez lewej skarpetki na prawej nodze, bez prawego skrzydełka w nozdrzach, bez płata potylicznego, bo mi go wyklepano, bez dwóch paznokci… z krzywymi nogami, wyrazem twarzy obleśnym, chropowatym i jakże niechlujnym, z włosami jak siano w którym myszy harcują, z paprochem w pępku, z ubytkiem w uzębieniu, z językiem bez kubków smakowych, bez rybek w akwarium, bez nadziei, bez przyszłości, bez uroku i powabu, bez zapachu skóry, bez wyczucia, bez prawa jazdy, bez kwiatów na łące piękną wiosną lub wczesną jesienią, bez śniegu zimą, bez sanek i nart, bez zainteresowań czymkolwiek i bez skrupułów, ale bez przesady – nie jestem pedofilem! – nie chciałem być oskarżony o udział gwałtu dziewczynki, albo choć współudział. „Pedofil pieprzony” myślałem, że go tam zabiję. Ale musiałem się opanować, przecież mam dwa zawiasy, zaraz by mnie ściągnęli do Polski i tyle by było. Wróciłem więc sam. (…)

– A dlaczego wcześniej nie przyszliście? – zapytał Eryk.
– Brachu sensu nie było.. Byliśmy tak naprani, że hej. Jak spotkaliśmy cię to już było ciepło, wypiliśmy karton-network, a potem poleciało gładko. Nie było najmniejszego sensu, żebyśmy się tu zwalili.
– Ja bym nie doszedł na sto procent do domu, przecież ostatnio piliśmy piętro wyżej, a do domu i tak nie dotarłem, bo nie miałem na tyle sił, żeby zejść po schodach do mieszkania -wytłumaczył Kwaśny.
– Tak! Ty w ogóle robiłeś dziwne rzeczy. Wiecie, co on wczoraj zrobił?
– Nie, ale pewnie zaraz się dowiemy.
– Zgubił spodnie, kurtkę, buta i tak ganiał w tym jednym bucie jak czubek, sąsiadki darły się na niego, a Kwaśny im tyłek wystawił, nie mógł sobie trafić do klatki, więc przytrzymał buta i uleciał w powietrze. Fruwał tak nad blokami, aż zupełnie wytrzeźwiał. Znalazł wtedy spodnie i kurtkę, i wrócił do domu. A rano wróbelki przyniosły mu drugiego buta.
– Jakie uczciwe.
– Tak! teraz uczciwość to rzadka rzecz!
– To był dosyć dziwny wieczór.
– Najlepsze było jak piliśmy wódkę piętro wyżej od Kwaśnego. Kumpel podał kieliszki, takie małe, dwudziestki piątki, myślę se, co będę się rozdrabniał, ordynarnie wziąłem szklankę i chlapnąłem siup, siup, raz dwa trzy i po sprawie.
Urżnąłem się jak świnia. A to tak ordynarnie wziąłem szklanicę i hop-siup – zgon!
– Tak było, tak. A ja potem latałem bez buta, a wróbelki ćwierkały, bo był już ranek.
– A jak byliśmy (…)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: