Klucz, róża i Miles Davis

„Ktoś powiedział: Nie obudziłeś się na jawie, lecz w poprzednim śnie. Ten sen znajduje się wewnątrz innego snu i tak aż do nieskończoności, która jest cyfrą ziaren piasku. Droga, po której będziesz musiał się cofać, jest nieskończona i umrzesz, zanim obudzisz się rzeczywiście”. J.L Borges (Pismo Boga)

Stałam na dziesięciometrowej górze z kwadratowego betonu, niebo nade mną ciemne, z rozwichrzonymi kłębami chmur, opadało mrocznie na las, który widziałam z oddali. Nie miałam dokąd uciec. Oni, największe niedookreślone zmory z nocnych koszmarów, ubrani w jakieś obcisłe czarne stroje, gonili mnie, a w ich dłoniach tkwiły dziwne i ciężkie narzędzia wyglądające jak potężne woluminy. Słyszałam jak śmieją się tam na dole, jak szydzą z mojej górnolotnej pozycji, betonu, który postawił mnie ponad nimi, który zbliżał mnie do nieba, odgradzał od reszty świata, unosił hen w przestrzeń kosmiczną, gdzie czułam nieziemską atmosferę. Byłam taka wolna – jednocześnie okrutne niebezpieczeństwo zbliżało się powoli ku mnie. Stałam na betonowej twardej krawędzi, paru z tamtych wdrapywało się już po trawie na kamienne wzniesienie.
„Co teraz?” – myślałam zatrwożona.
Robiło się coraz chłodniej, wiatr owiewał mi twarz i wlatywał pomiędzy ubranie, wywołując przenikliwy dreszcz. To wtedy strach odszedł. Odchyliłam głowę w tył i spojrzałam na ciemniejące niebo. Roztrzepane kłębowiska chmur – dziwnie jasne i nisko osadzone, jakby zwisające pod sklepieniem – szybowały tuż nad moją głową. Poczułam się taka lekka, zupełnie jakbym stopniowo przemieniała swe kształty w puszyste obłoki. Najpierw moje dłonie bezwiednie unosiły się do góry, delikatnie opierając o chłód powietrza, które gęstniało jak bita śmietana i jakąś nadzwyczajną oniryczną siłą unosiły resztę ciała zupełnie pozbawionego mocnego stąpania po betonie. Po chwili dryfowałam już nad wzniesieniem, w duchu kpiłam ze zdziwionych min tych biegających wcieleń Zła, którzy czyhali na moje życie. Byłam wysoko ponad nimi, nie mogli mnie dogonić ani nawet zobaczyć, zupełnie nie mieli pojęcia, co się ze mną stało, bo przecież jeszcze chwilę temu byłam w pułapce skazana na ich łaskę i niełaskę, stałam na betonowym stropie i czekałam, aż przyjdą i mnie zabiorą, bo nie miałam dokąd pójść. Ale teraz to oni dyszeli głośno na tymże szczycie i rozglądali się zaskoczeni. Ze złością.
– Może rzuciła się ze skały? – wrzeszczał jeden.
– Nie chciała byśmy wzięli ją żywcem.
– Chodźcie, pewnie leży roztrzaskana na dole, zabierzmy jej zwłoki.
I wszyscy zaczęli zbiegać z góry na polanę, do miejsca, gdzie doprowadzona do ostateczności mogłam upaść.
Ale ja nie upadłam. Z głową odchyloną w tył i ciałem położonym na płask, niczym na przezroczystym łożu, nogami do przodu, unosiłam się wolno tuż pod firmamentem, pod chmurami. Byłam wielka, ogromna; gdybym nie utrzymała się w powietrzu i upadła na ziemię przykryłabym ciałem całą polanę, a tamtych ludzi, kimkolwiek byli powgniatałabym w ziemię jak figurki z plasteliny.
Ale nie upadłam. Sunęłam swobodnie wdychając i wydychając kłęby obłoków, które przesuwając się w przeciwnym kierunku dotransportowały mnie za las. Wtedy przestałam lecieć. Leżąc na niewidocznym podłożu wstałam z niego, a raczej zostałam zeń zrzucona i stanęłam nogami na ziemi, już mała, przyziemna, ale daleko od Zła. Daleko od szczytu z betonu.
Rozprostowałam kolana. Było szaro i ciemno. Chwilowo nie mogłam zorientować się, gdzie jestem, (…)

Zimny, twardy i jakże materialnie wyczuwalny chodnik pod podeszwami moich butów zakręcał w lewo, zupełnie oddalając mnie od realnego życia. Nie wiedziałam co będzie, chciałam śpiewać, ale wstydziłam się, że ktoś mnie usłyszy i uzna za wariatkę – tak mocno jeszcze miałam świadomość rzeczywistości, w końcu to nie był sen. A dom? A nowe miejsce, którego szukałam? A jak okaże się, że to, co odnajdę, wcale nie będzie moim schronieniem? Jeśli w drzwiach stanie obca mi i zdziwiona osoba, to co zrobię, co jej odpowiem, gdy zapyta, o co chodzi?
Postanowiłam nie śpiewać, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi nie zawróciłam z drogi, wierzyłam bowiem, że owy Dom gdzieś tam jest i czeka na mnie, czeka, aż przyjdę, by go ożywić, by wprowadzić w jego pokoje historię i swoje młode bijące serce. Śpiew uwiądł mi w gardle, ale za to przed moimi oczyma, nieco z lewej strony dostrzegłam murowany dom o szarym tynku i oszklonej werandzie. Weszłam za ogrodzenie, gdzie dosłownie cztery kroki dzieliły mnie od starych, mocnych, drewnianych drzwi z podzielonym na sześć części okienkiem. Były zamknięte. Dokładnie widziałam klamkę, dużą i ładną, poniżej której znajdował się stary zamek na duży klucz, wiedziałam, że w kieszeni mam trzy klucze, dwa do mieszkania na dolny i górny zamek w bloku, a jeden od zielonej szuflady, która już nigdy nie zostanie otworzona, która już mi nie służy, ale klucz niechcący zachowałam. Zdawałam sobie natomiast sprawę, że nigdy nie miałam dużego klucza pasującego do zamku starego typu. Pamiętałam nawet, że łańcuszek, który zaczepiał klucze o moje dżinsy był zaguźlany i jakoś nie znalazłam czasu by rozsupłać węzeł. To nie mógł być sen, kojarzyłam bowiem tyle szczegółów, miałam zupełną jasność umysłu i zdolność realnego spostrzegania rzeczy, moja pamięć funkcjonowała doskonale.
Stałam tak przed tymi drzwiami i bałam się sięgnąć dłonią do kieszeni, przeraziła mnie myśl, że nie znajdę w niej magicznego narzędzia otwierającego dom, a wtedy poczuję się jak złodziej stojący na cudzym mieniu, przed werandą, która okryta była jakimiś krzewami, drzewami i innymi nieznanymi mi roślinami rzucającymi cień na oszklony ganek. Nie chciałam poczuć się jak kretyn, chciałam trwać w tym prawdziwym, szalonym amoku. Nie mogłam stać dłużej, bo pomimo że było bardzo wcześnie, ktoś mógł wyjść i zobaczyć, że sterczę tu taka zagubiona przed potężnymi drzwiami.
Wsadziłam rękę do kieszeni spodni. Czułam w dłoni pęk kluczy. Zacisnęłam je w pięści i wyjęłam. Spojrzałam nań, lecz nie rozprostowałam palców, bo jeśli go tam nie było, nie miałam odwagi spojrzeć i zobaczyć owej Pustki, chciałam wierzyć i łudzić się do ostateczności, chciałam czuć choć przez chwilę, że dom należy do mnie, a ja w zaciśniętej dłoni trzymam ten jedyny upragniony klucz do mojego sejfu. Widziałam jak z mojej dłoni zwisał łańcuszek zaczepiony o dżinsy. Odczepiłam go. Przy jego końcu ujrzałam dobrze znany mi węzeł.
„Więc nadal go nie rozplątałam” – zaśmiałam się w duchu.
Wszystko postrzegałam tak ostro i wyraźnie, tak realnie; to nie mógł być sen, o nie, nie było mgły jak zawsze w snach, a odnaleziony dom nie zapraszał mnie serdecznie, lecz skrywał swą tajemnicę za zamkniętymi wrotami. Zacisnęłam w nadziei oczy tak mocno jakbym błagała z całych sił, by na przekór zdrowym zmysłom owy klucz był zaczepiony razem z pozostałymi trzema. Bałam się, ale wierzyłam tak wielce, tak na przekór faktom i rzeczywistości, moja siła była jak ziarenko gorczycy, więc otworzyłam dłoń. A potem otworzyłam oczy.
Był. On po prostu tam był. Oniemiałam z wrażenia. Bo przecież ja go zawsze miałam w kieszeni, zawsze w tej chwili, na łańcuszku, przyczepiony razem z tamtymi trzema, duży, ładny klucz do starego zamka w drewnianych drzwiach do mojego domu.
Nagle wszystko stało się jasne i proste, w jednej chwili bałam się, że prawda mnie przytłoczy, a już w drugiej wydało mi się to śmieszne, bo przecież prawdą byłam ja, moje życie i owy klucz. Byłam taka szczęśliwa patrząc na niego. Pozostałe klucze opadły razem z łańcuchem, gdy wzięłam go w palce. Pobrzdękiwały. Węzeł uderzył o moją nogę. Namacalnie i słyszalnie. Nie było żadnej mgły, ciepła pościeli ani senności, nie przecierałam oczu, gdyż obraz mi się nie zamazywał, nie cierpiałam, że wzrok mi szwankuje, a powieki sklejają
się i okrutnie pieką, zostałam dopuszczona do jasnej percepcji, klucz był mój, a ja to wszystko widziałam. Był to chłodny poranek, a twardy duży wytrych zachrobotał, gdy wsadziłam go w otwór zamka.
Ogarniała mnie przesadna wręcz wyrazistość odbioru rzeczy, zadrżałam więc w przestrachu, że klucz może nie pasować do tych drzwi i pomimo, że wszedł bez szwanku, może nie otworzyć kombinacji. Przekręciłam nim. Coś chrupnęło, trzasło, przeskoczyło i szyfr odblokował się. Już nic nie mogło stanąć mi na drodze. To był mój rzeczywisty dom, miałam do niego prawdziwy klucz, nosiłam go razem z innymi w mojej własnej namacalnej kieszeni. Teraz już niczego nie musiałam się obawiać. Wystarczyło po prostu złapać za klamkę i otworzyć własnoręcznie wrota do mojej twierdzy. Przekroczyłam próg.
W ganku panowała cisza, po bokach, wzdłuż licznych małych okien stały doniczki z kwiatami. Zamknęłam za sobą drzwi i wpychając klucze do kieszeni kroczyłam bardzo powoli. Otworzyłam kolejne drzwi, prowadziły do dużego pokoju, w którym stały stare komody. Na zewnątrz robiło się coraz jaśniej i pierwsze promienie wpadały do wysokiego wnętrza przez cienkie beżowe zasłonki. Podłogę wyścielał kolorowy, gruby dywan we wzorki. Pokój był bardzo przyjemny i ciepły. Na wprost drzwi, jakimi weszłam do niego, znajdowały się kolejne, które ktoś od drugiej
strony otworzył.
– O przyszłaś już Basiu – powiedziała miła staruszka przymykając ostrożnie za sobą drzwi. Mimo podeszłego wieku była nadal piękna, jej proste plecy przechodziły w wąską długą szyję, która dźwigała powabną głowę o delikatnych i pogodnych rysach twarzy. Jej zupełnie siwe włosy były ładnie zaczesane i starannie zawiązane w kucyk sięgający nieco niżej ramion, przy tym miała dosyć gładką i świeżą cerę. Ubrana była w gustowną granatową sukienkę zapinaną z przodu na całej długości drobnymi guziczkami. Na ramiona narzucony miała beżowo-szary sweterek robiony delikatną włóczką na cienkich drutach lub szydełku. Podeszła do mnie na swych jeszcze zgrabnych nogach, które można było dostrzec pod luźną sukienką, stopy okryte były ciepłymi kapciami z białej wełny owczej.
– Tak babciu – odpowiedziałam pewnie, gdy usłyszałam swoje imię.
Nie miałam żadnych wątpliwości, że jest to moja babcia, z którą mam bardzo dobry kontakt, choć tak naprawdę nigdy wcześniej jej nie widziałam, miałam to w świadomości i przez to nie wiedziałam za bardzo, co powiedzieć i jak się zachowywać.
– Nic ci nie zrobili? – spytała czule.
– Nie, udało mi się uciec w ostatniej chwili babciu, boli mnie tylko kolano, bo kiedy zerkałam na dół czy już idą, uderzyłam się o beton – rzekłam.
– Pokaż, podwiń spodnie – powiedziała babcia stając tak blisko, że czułam jej subtelny zapach czystości.
Oparłam lewą nogę na krześle obok okna i podciągnęłam nogawkę po same udo. Na rzepce widniał podłużny siniak.
– Trzeba to opatrzyć – powiedziała, lecz gdy zaczęła szperać w szufladzie w poszukiwaniu gazy i wody utlenionej, siniak nagle zaczął rosnąć wzdłuż jak roślina, rozgałęział się niczym łodyga z tatuażu, aż w końcu zakręcił w lewo i zakwitł na różowo w piękny pęk kwiatu.
– Babciu spójrz…- jęknęłam.
Staruszka podeszła do mnie z bandażami i z buteleczką wypełnioną jakąś wodą.
– To wiecznotrwała róża andaluzyjska – oznajmiła i przyłożyła zwilżoną gazę na kolano.
– Będzie cię kłuło.

Oj.
Zakłuło mnie bardzo. Piekło i bolało, gdy do mojej świadomości doszło, że do tego cudownego realizmu wkrada się jakiś mocniejszy autentyzm i wysusza różę na mym kolanie.
– Wody! – wołałam, ale na zewnątrz dnieje, nieszczelne żaluzje przepuszczają świt i jasność zakrada się w mrok pokoju. Nie podnoszę się, zerkam tylko z ukosa i nie chce mi się wierzyć, że znów zerwała się nić i to, co było takie normalne dziwnym sposobem odeszło, być może schowało się w uszczerbanej dziurze w ścianie, gdzie małym dziecięcym paluszkiem wygrzebywałam tynk, gdy nie mogłam zasnąć, a potem czułam piasek i wapno w zębach i na języku.
Spodnie leżały koło łóżka. Nie chciało mi się ich podnosić, łudziłam się, że gdy nie wykonam zbyt wielu skomplikowanych ruchów nie rozbudzę się na dobre i na nowo znajdę się na chodniku, a potem powędruję nim do domu, sięgną do kieszeni po mój wielki klucz i otworzę drzwi, przez ganek przejdę do pokoju, w którym będzie na mnie czekać staruszka. Porozglądam się nie zapamiętując
wyrytych we wspomnieniach wiecznych przedmiotów. Przekręciłam się na drugi bok i zasnęłam ponownie.
Chyba nici ze wszystkiego, bo dom stał gdzieś na pewno, ale już do niego nie poszłam, może odnajdę go jeszcze, lecz innym razem. Wyszłam z klatki starając się nie myśleć o tym czy jednak łańcuszek z ciągle nierozsupłanym węzłem zapętla mój wielki klucz, czy może zgubił go gdzieś pomiędzy obrotami.
Na zewnątrz było już zupełnie jasno. Poranny chłód odszedł w zapomnienie, a słońce oświetlało przestrzenie miedzy blokami. Weszłam na trawę, przechodząc przez plac zabaw. Z bloku na przeciw dochodziła muzyka, ktoś grał na trąbce, bardzo ładnie zresztą, jazz. Chciałam posłuchać więc podeszłam jak najbliżej i usiadłam na trawie, w miejscu, gdzie kończy się plac zabaw, a zaczyna spad ziemi, poniżej którego stoi kolejny blok. Siedziałam z nogami zwisającymi z niewielkiej górki i wodziłam oczyma za dolatującymi dźwiękami. Na trzecim piętrze, nieco na lewo od środka bloku, na balkonie, na drewnianym taborecie siedział sam czarnoskóry Miles Davis i grał na trąbce. Nie mogłam uwierzyć, gdy go zobaczyłam, rety! Miles Davis we własnej osobie, co on robi w tym bloku, na tym balkonie? Ba! Co on robi w tym mieście? Jednak wolałam nie zadawać zbędnych pytań, na które i tak nie uzyskałabym odpowiedzi, po prostu siedziałam na górce jakieś trzy metry od budynku i zadzierając wysoko głowę, aż na trzecie piętro, byłam jedyną słuchaczką Davisa i czułam się wyróżniona tym faktem, że właśnie teraz gra i że ja go usłyszałam, że ja wiem, kim jest i z zaciekawieniem słucham jego jazzowej improwizacji, a reszta populacji jest jedną wielką masą ignorantów i nawet się nie spodziewa, kto znajduje się tuż obok ich i co umyka im przed uszu.

(…)
Nie wiem co działo się naprawdę, może wszystko sobie zmyśliłam i nawet to, co robię teraz, jest tylko fikcją. Klucza nie znalazłam w kieszeni dżinsów, choć tamte trzy nadal są i supełek się nie rozwiązał, trzeba będzie wziąć widelec i podwadzić. Co jakiś czas jednak wkładam dłoń do kieszeni spodni z nadzieją, że tym razem zadźwięczy ten wymarzony duży klucz do starego typu zamków, tym bardziej, że kiedy ściągałam spodnie, na lewym kolanie ujrzałam niewielki podłużny siniak, a potem ktoś wręczył mi różę. Czekam więc
i wierzę, że pojawi się i on. Kod do mojego szczęścia.

Łańcut, 4/5 stycznia 2008


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: