Kobieta+kura=kolor

To był stary dom. Niektóre okna wypadły z futrynami, drzwi się nie domykały, w żyrandolach brakowało żarówek. Poczciwy Dżej-Dżej z pomocą młodych asystentek sprzątał izby i naprawiał światło. Mi przypadła rola malowania brzegów kontaktów niebieską farbą olejną.
– I co panie Dżej-Dżej, naprawiłeś tę lampę?
– Nie udało się. Wkręciłem wszędzie żarówki, ale ta jedna i tak nie działa.
– Może coś nie łączy.
– Z pewnością, ale nie wiem co. Pójdę zaświecić, a ty patrz i mów.
Wyszedł na korytarz i zaczął pstrykać włącznikiem.
– Proszę uważać, bo boki są świeżo malowane.
– Tak, tak. Widzę. A świeci?
– Nie, niestety, bez zmian.
– Co jest z tym światłem? – Wszedł na powrót do pomieszczenia.
Zaczęłam malować drzwi. Inne dziewczyny nie robiły zupełnie nic, kręciły się tylko wokoło i ładnie wyglądały dla Dżej-Dżeja.
– Co się stało, dlaczego nie działa? – główkował w dalszym ciągu.
– Proszę się o to już nie martwić. Przecież w nocy i tak nie będzie ciemno, inne lampy świecą i to bardzo dobrze, a to jest jakaś głupia cząstka światła i to w dodatku nad piecem.
– Może masz rację – stwierdził, ale i tak widziałam, że nadal męczy się nad powodem „dlaczego nie świecą?”
– Drogi panie Dżej-Dżej – usłyszałam M. – Drogi panie Dżej-Dżej czy widzi pan, co mam na sobie?
Spojrzałam na nią badawczo, jej zachowanie wydawało mi się nie na miejscu wobec starego Dżej-Dżeja, było zbyt zuchwałe. On jednak stał przed nią i patrzył jak M. wymienia kolory swojej garderoby.
– Czarne buty z lśniącymi noskami, granatowe skarpetki bez uciskowej gumki, czarne sztruksowe spodnie idealnie dopasowane w pasie i biodrach, skórzany pasek, no może nie zupełnie skórzany, ale za to jaki efektowny…
Kiedy skończyła wymieniać każdy najdrobniejszy szczegół stroju włącznie z bawełnianą bielizną, podbiegła do nich K.
– A ja zielone buty, różowe skarpetki, oryginalne spodnie Lewisa koloru zadowolonej pomarańczy na szlufkach, w których znajdują się sznurówki przeplatane z przekąsem i bez smaku, majtki białe z nadrukiem kotka, puszek w pępku, stanik jest, bo wypada…
– Potem doszły jeszcze dwie dziewczyny i tak jak ich poprzedniczki odkrywały barwy swojej odzieży.
– A ty Basia, co masz na sobie? – zapytał Dżej-Dżej.
– Ja? – odburknęłam zdziwiona. Wydawało mi się, że nic go nie obchodzi jak ubrane są moje koleżanki, że wręcz irytuje go ich postawa, że słucha jedynie przez grzeczność, a on przeciwnie – do pełnej kolekcji żąda mojego opisu. Zamurowało mnie zupełnie.
– Ja nie mam nic specjalnego – oznajmiłam zawstydzona. Wisiała bowiem na mnie stara biało-czerwona koszula, a pod nią czarny, wyrozciągany i niemodny golf. Popatrzyłam chwilę na niego, jakbym wzrokiem chciała przekazać mu swoje myśli, on jednak ciągle czekał i wpatrywał się w moje milczące usta.
Zmieszana ponownie zabrałam się za malowanie.
– Zostaw już ten pędzel – rozkazał mi – Czy widzisz, żeby inne kobiety coś tu robiły? Chodź, pokażę ci coś.
Posłusznie odłożyłam malowanie i wyszłam za nim z domu.
– Kiedyś nosiłem te buty – powiedział pokazując mi kierpce nr 37. Zdziwiłam się nieco. Kiedy je ściskał miło skrzypiały.
– O! Kierpce! – krzyknęła M. wychodząc z domu – Jakie piękne, też kiedyś takie nosiłam.
Miałam już dosyć M., K. i innych dziewuch. Zawsze musiały się gdzieś wepchać, zabrać mi wszystko, choćby zainteresowanie poczciwego Dżej-Dżeja.
– Czym tak się martwisz Basiu?
– Nie, wydaje ci się… to znaczy panu, panu panie Dżej-Dżej – poprawiłam się.
– Zostaw pracę. Idź z dziewczynami do salonu piękności, wypocznij, zabaw się i zgłoś swoją kandydaturę, żeby wybrali cię, pokaż im wszystkim, że ty też potrafisz być piękna.
– Nie mogę cię…pana tu zostawić, nie chcę, tak dobrze mi się z panem rozmawia, chcę tu zostać, muszę…
– Idź, ja jestem stary, ty musisz się bawić, przebywać wśród młodych, a ja, czy wiesz ile ja mam lat?
– Masz po sześćdziesiątce… raczej pan, pan panie Dżej-Dżej. Przepraszam.
(…)
Wyszłam z tunelu i poszłam w kierunku „Salonu piękności”. Z daleka widniały rozświetlone szyldy:
SALON PIĘKNOŚCI
DARMOWE PRÓBKI KOSMETYKÓW
KOBIETA + KURA=KOLOR
Pchnęłam szklane drzwi i weszłam do środka. Za drugimi, również przezroczystymi drzwiami dostrzegłam stoliki i regały z różnorakimi kosmetykami, a między nimi malujące się dziewczyny. Były tam też moje koleżanki, M., K., inne. Weszłam do środka. Dzisiejszego dnia przeważały kolory różowe. Dziewczyny wybierały cienie i malowały sobie oczy, każda chciała być piękna i każda marzyła o tym, aby to właśnie ją wybrano dzisiejszego dnia. Wzięłam pierwszy lepszy różowy cień i zaczęłam się malować. Wtedy weszła wizażystka, spojrzała na mnie i zaczęła się śmiać.
– Ale się malnęłaś!
Popatrzyłam w lustro. Zamiast na powiece, różowy cień wylądował mi na czole. „Co za upokorzenie, nawet pomalować się nie potrafię”, zrobiło mi się głupio, byłam przekonana, że każdy się ze mnie natrząsa i że teraz to na pewno nikt nie wybierze mnie na modelkę dla wizażystek. Byłam zła na Dżej-Dzeja, że namówił mnie na tą maskaradę. Odstawiłam cień, a rękawiczką chciałam zetrzeć róż z czoła, ale w tym czasie wizażystka zaczęła się rozglądać i widać było, że szuka ciekawej twarzy do makijażu.
– Kto chce iść dzisiaj? – zapytała wreszcie. Serce mi zabiło, poczułam całą jego masę w piersi. Nikt się nie zgłaszał. Nikt nie podniósł ręki, a ja bardzo chciałam iść z nią, pragnęłam, by mnie malowali, by się mną zajęli, by odkryli w mej twarzy pokłady niewykorzystanych wdzięków, linii, fal, zagłębień, wyporności i talentu. Ale nie miałam odwagi zabrać głosu, dech przykleił mi się do kręgosłupa i w ciszy krzyczałam z przerażenia i emocji. Tak ciężka staje się ręka, gdy trzeba ją podnieść w przełomowym momencie swojego życia, gdy trzeba sięgnąć po coś wysoko i odważnie.
– No, kto chce? Nikt nie chce być modelką? No..
Obejrzałam się za siebie, dziewczyny siedziały z głowami wetkniętymi w suszarki, z mokrymi paznokciami i cieniami koloru róż.
– Może jest tu jakaś Basia?…
Drgnęłam, gdy wypowiedziała owo imię. W okamgnieniu podniosłam rękę krzycząc w duszy: To ja! To ja jestem Basia! Będę waszą modelką! – Malujcie mnie! Róbcie co chcecie!
(…)
A wtedy stylistka nalała spiritusu na dłonie i przejechała nimi po mojej twarzy. Ostry zapach alkoholu gwałtem zaatakował mój węch.
– Musimy zdezynfekować. Idź teraz się przygotuj.
– Czyli ja?… Ja zostałam wybrana?
– Tak. Idź szybko.
Wstałam w jednym momencie i oszołomiona wybiegłam z salonu. Po drugiej stronie szklanej tafli zostali wizażyści, styliści i inni, którzy mieli się mną zająć.
– Poczekaj!
Obróciłam się. Za mną stał Dej-Dżej.
– Wybrali cię prawda?
Skinęłam twierdząco.
– Znam skróty, którędy możemy pójść po twoją kurę.
– Naprawdę? Pójdziesz tam ze mną?
– Jasne, tylko ubierz klapki, pójdziemy wzdłuż strumyka. Będzie o wiele szybciej, a tam na miejscu stoi mój samochód, wrócimy nim, kiedy zdobędziesz kurę.
Nie wiem skąd miałam japonki. Po prostu założyłam je na nogi i ruszyłam za Dżej-Dżejem. Po pewnym czasie dotarliśmy do strumienia. Woda była płytka, sięgała jedynie po kostki. Mijaliśmy samych starców. Dno strumyka było błotne i wyłożone kamieniami, brązowa breja przepływała mi między palcami stóp i dopiero po upływie pół godziny zeszliśmy na brzeg, gdzie czekała na mnie kura; wzięłam ją na ręce i wsiadłam do białego samochodu mojego przewodnika. Dżej-Dżej usiadł za kierownicą i po jakimś trudno określonym czasie znów znaleźliśmy się przed salonem. Kura była mała, wyglądała raczej jak liliput-kura. Miała wąską, długą szyję, zupełnie jak u gęsi, za którą ją trzymałam i rude opierzenie. Jeszcze raz przeczytałam szyld KOBIETA + KURA= KOLOR, a potem weszłam do środka.
– Chodź szybciutko – Nakazała kobieta, która wybrała mnie na modelkę – Chodź, bo wszyscy czekają.
Zabrała ode mnie kurę i zaprowadziła prosto za szklane drzwi. Nie wiedziałam gdzie usiąść, czułam się nieswojo, gromadka dzieci biegała wokół mnie, dodatkowo wzbudzając mój lęk, a jedno z malców było naprawdę przysadzistych rozmiarów.
– Jadwiś ! – zawoła go jedna z wizażystek. – Czy ty jesteś głodny?
Spojrzałam na potężnego chłopca. Pokiwał głową.
– Właśnie widzę, bo tak się tu kręcisz, nie przejmuj się, to jest modelka – wskazała na mnie.
– Przyniosła już kurę, nie bój się, jedz.
Chłopiec wysunął zza siebie wąski metrowy worek foliowy, w którym jedna na drugiej w równym rządku poukładane były kanapki. Wyciągnął jedną z nich i wciął z apetytem, po czym spojrzał na mnie frasobliwie. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, wszyscy gdzieś biegali i nikt się mną nie przejmował. Mimowolnie uśmiechnęłam się do Jadwisia, a on uciekł.
– Zaraz, zaraz, przecież ty nie masz na czym siedzieć – w końcu zainteresowała się mną jakaś kobieta.
– Może na tym? – rozłożyła pomarańczową drabinkę, z której odpryskiwała farba – Nie, ta jest nie dobra!
Wydarła kolejną, rozłożyła, ale i tamta jak i zresztą następna, okazały się do niczego.
– Poczekaj, zaraz przyjdę – oznajmiła i wyszła za drewniane drzwiczki.
Jadwiś znów kręcił się obok mnie i domyśliłam się, że ponownie musi być głodny.
– Jadwiś! – krzyknął ktoś, a przestraszony chłopiec uciekł. Poszłam za nim.
W sali, do której wszedł znajdowało się więcej dzieci, pisali zadanie i głośno rozmawiali.
– Dzień dobry pani – powiedziały chórem akcentując sylaby, gdy mnie zobaczyły.
– Dzień dobry – odpowiedziałam i czym prędzej wyszłam z sali.
Jadwiś zaczął płakać. Ten olbrzymi dzieciak płakał tak jakoś żałośnie, że w pewnej chwili po myślałam, że pęknie mi serce. Ale nie cofnęłam się.
– Nie drzyj się grubasie, zjedz lepiej. – powiedział nieznany mi dorosły głos.
Potem usłyszałam szelest worka, zapewne wyciągnął swoją kanapkę, z której i tym razem znów wystawał ser i kawałki poszatkowanego mięsa. Wróciłam na miejsce, gdzie mnie zostawiono. Drabinka już stała, była nieco okurzona, ale przynajmniej się nie wywracała. W telewizorze umieszczonym nad drzwiami leciał kolejny odcinek „Dobrego Chłopaka”. Usiadłam na drabince i czekałam na wizażystów. Kiedy tak spokojnie wpatrywałam się w szklaną ścianą, styliści zdążyli się już zgromadzić. Patrzyli na mnie jak na przedziwny obraz, szeptali coś do siebie, pokazywali palcami, jedna z grup podeszła do mnie i poprawiła mi włosy.
– Tak, tak, znacznie lepiej, tak, tak – komentowali.
– Tak, ychy, golf…
Pomyślałam, że przeszkadza im mój czarny golf, w końcu jest taki brzydki i niemodny, więc pociągnęłam go w dół i wysunęłam nieco głowę odsłaniając większą część szyi.
– Oj! – Krzyknęli wraz kwasząc miny.
Zmieszana wsunęłam głowę, jak żółw, który poczuł zbliżające się niebezpieczeństwo i chowa się w skorupę. Wizażystka znów podeszła i poprawiła golf według ich uznania.
– Tak, tak, znacznie lepiej, lepiej – szeptali, a mały przerośnięty Jadwiś zżerał kanapkę. Z moją kurą.

Łańcut 2004

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: