Lista

Od pewnego czasu trwały zamieszki. Miałem 18 lat, kiedy całą grupą szliśmy do opery. Wprowadzono nas do pełnego kurzu szarego miejsca, w którym było nieprzyjemnie duszno. Proch unosił się w gęstym powietrzui utrudniał oddychanie. Drewniane wnętrze nie przypominało lśniącego wypolerowanego pomieszczenia, lecz starą komórkę, w której pachniało stęchlizną i starociami. Weszliśmy do środka, a raczej zostaliśmy wtrąceni przez tłum w ową gęstą, parzącą, szaro-burą mgłę. Nie pchaliśmy się do przodu, nie było najmniejszego sensu; przeciskając się przez ciżbę stanęliśmy
niedaleko drzwi przy końcu sali widowiskowej. Spojrzałem na scenę. W tle było widać delikatne przebłyski jasnego światła reflektorów, jednak w miejscu, gdzie usiedliśmy, dochodziły jedynie drobne błyśnięcia zabijane przez kurz. Panował gwar i ogólne zamieszanie. Siedzieliśmy tyłem do sceny, na zwróconych do siebie i ustawionych po dwie ławach. Bardziej przypominały wielką zbitą skrzynię na owoce, tak olbrzymią, że sięgała wysoko hen ponad naszymi głowami. Przesunąłem się. Na dłoniach, które przygarnęły niechciany proch, poczułem szorstkość i nieprzyjemność materii.
Uśmiechaliśmy się do siebie, kiedy wszedł sztab umundurowanych ludzi. Zrobiło się jakby ciszej, i wydawało mi się, że drobne wirujące w powietrzu pyłki nagle zastygły. Wszystko ustało. Sztywny dowódca skinął na nas głową,
a stojący za nim oddział kazał nam opuścić operę i ruszyć z nimi. Dokąd? Nie
wiedziałem.
Ponownie zapanował gwar i jeszcze większy ścisk. W motłochu i ogólnie napiętej atmosferze drobinki zaczęły szalony wir krojąc coraz to gęstsze powietrze. Kładły się na nim, przylepiały i z trudem odklejały zataczając kolejne koła. Wstaliśmy z ław i popychani przez grupę w mundurach ruszyliśmy ku wyjściu. Ktoś krzyczał, ktoś lamentował, ktoś płakał. Nie mogłem wytrzymać tego jazgotu, czułem jak proch wnika wszystkimi porami do mojego wnętrza i oblepia nim zdrowy rozsądek. Pchany przez tłum, drżałem ze strachu, przerabiając powoli nogami. Gdy przechodziłam przez drzwi ktoś, podął mi zmiętą zapoconą kartkę. Spojrzałem na nią. Widniały na niej nasze nazwiska. Kowalski Marian. Pomorze. Przeżyje…
– Co to masz? – zapytał mnie kolega.
– Nic…jakiś papier się zaplątał…- nic ważnego.
Nie mogłem mu jej dać. On nie przeżył. Miał zostać spalony. I umrzeć od zadanych ran.
Tego, co się działo nie można było racjonalnie wytłumaczyć. Szedłem z nimi na rzeź i wiedziałem, kto z nas wyjdzie z tego cało. Chciałem zamknąć oczy i przeczekać w ciszy i spokoju ten czas. Chciałem, by było już po wszystkim. Chciałem zobaczyć, że przeżyłem i że już nic mi nie grozi. Tak bardzo się bałem tego, co nastąpi. Tak bardzo. Miąłem kartkę w dłoni, aż bielały mi kostki. Wiedziałem, że przeżyję, a ci, co mi towarzyszą, nie. Sądziłem, że będzie mi łatwiej, ale to, co się miało wydarzyć było tak straszne i potworne, że nie byłem w stanie się uspokoić. Mój strach był tak wielki, że nie mogłem go ogarnąć, a wiadomość, którą dzierżyłem w zaciśniętej pięści nie dodawała mi
odwagi, ani nie sprawiła, że czułem swoją przewagę nad innymi. Wiedziałem, że zginą na moich oczach, a ja przetrwam; moje myśli były tak ohydne, chciałem by już nie żyli, żeby tylko ten koszmar się skończył, bym poczuł, że już po wszystkim, że nikt już nic mi nie zrobi, a moje nazwisko na kartce jest bezpieczne. Ja przeżyję, nie mam się czego bać.
Ale bałem się, jak nigdy dotąd. Nasza odzież była równie szara jak wnętrze opery i wagonik, do którego nas wprowadzili. Był to mały przedział zbity ze starych desek. Usiadłem pierwszy po prawej stronie. Za mną kolega, który miał być poparzony, a dalej taki wystraszony blondyn i jeszcze jeden chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Po przeciwnej stronie usiadło również czterech chłopców. Czekaliśmy w ciszy na dalsze wydarzenia. Cisza miała blade drżące lica i sine wargi. Jakaś przysadzista kobieta zamknęła
za nami drewniane drzwi, a wtedy wagonik ruszył. Widzieliśmy pod sobą jak ziemia oddala się od nas i jak suniemy zawieszeni na linie coraz dalej w górę. Bezgłos przerywał dźwięk mechanizmu i szum naszych ciężkich, niemych oddechów.
Wreszcie wagon zawisł w miejscu. Zakolebotał się, zaskrzypiał w przestrzeni, wysoko nad ziemią. Spojrzałem w dół. Na trawie pod nami jakieś pięćset metrów, stali żołnierze i rozpalali węgiel w kotle. Czekaliśmy na śmierć. Bałem się, że się pomylą, że pomimo, iż mam przeżyć, zostanę zabity. Bardzo bałem się śmierci. Oblatywał mnie paraliżujący strach, czułem pot, taki lepki i drażniący. Nie mogłem znieść tego stanu. Wagon co jakiś czas huśtał się na wietrze. W tej pustce, w tej czarze, w tym wiecznym niekończącym się oczekiwaniu. Nie działo się nic. Wisieliśmy w powietrzu jak żywy cel, jak tarcza, do której można zacząć strzelać. Patrzyliśmy między wyrwy w podłodze i śledziliśmy wystraszonym wzrokiem, po części martwymi źrenicami, jak mundurowi palą w kotle i śmieją się do rozpuku. Zadzierali głowy do góry, patrzyli na nas prześwitujących miedzy szparami w łączeniach z desek i nawet nie pomyśleli, jak strach odbiera nam rozum. Wiatr zawiewał to z jednej to z drugiej strony, studząc i tak zimny pot. I kiedy zaczynaliśmy mieć nadzieje, że nie stanie nam się krzywda, zaczęli strzelać do nas jak do dzikich kaczek.
– Boże! – szepnąłem, bo zaciśnięte gardło nie pozwoliło mi wydobyć pełnego głosu. Byłem w tak wielkiej panice, że ledwie czułem własne ciało, wydawało mi się, że jak mnie trafią to nawet nie zauważę, lecz umrę niepostrzeżenie.
Miałem tylko nadzieje, że nastąpi to szybko i bezboleśnie. Nie tyle bałem się śmierci, co bólu rozdzierającego mi pierś. Drżałem na myśl o przeszywającej mnie niemiłosiernie szkarłatnej prędze, która dobiegnie do mojego serca i oddzieli moją jaźń od ciała, a ja nadal tam będę tkwił i patrzył na tę rzeź.
Próbowaliśmy robić uniki. Z marnym skutkiem. Mało brakowało, a chłopak, który siedział naprzeciw mnie dostałby. Nie mogłem patrzeć na ich przerażone twarze, prawie nie przypominały ludzkiego oblicza, były tak wykręcone strachem, że patrzenie na nich sprawiało mi ból. Zamknąłem oczy, by przeczekać wystrzały, wierzyłem, że kartka, która już prawie znikła w mojej dłoni, nie kłamie, że ja ocaleję, że wyjdę cało z tej historii. Ale wtedy zaczęli wyrzucać coś na podobieństwo dziwnych torped z żarem. Nie wiem dokładnie, co to było, wyglądało jak gigantyczne węgle rozpalone do czerwoności. Wszystkie leciały na mojego kolegę… zapamiętałem z kartki, że miał spłonąć żywcem, chciałem zmienić jego los, uratować go, w końcu nie bez przyczyny ten świstek trafił do mojej dłoni. To ja miałem moc ocalenia tych ludzi. Wystawiłem więc ręce i odbiłem lecącą wprost na niego rozpaloną kulę. O dziwo, nie poparzyłem dłoni. Chroniła mnie lista nasiąknięta potem. Popiół rozsypał się po deskach, a kula spadła w dół na żołnierzy. To ich rozwścieczyło. Zaczęli wyrzucaćcoraz więcej ładunku, ale każdy odbiłem, spalając stopniowo wykaz nazwisk. Rozjuszyli się nie na żarty i znów zaczęli strzelać.
Nie miałem szans z tymi małymi śmiertelnymi pociskami, stały się tak drobne i szybkie, że nie widziałem gdzie lecą. Nie chciałem zostać postrzelony i umierać powoli w mękach i bólu. Przesunąłem się na desce całkiem w róg, gdzie kule nie dochodziły. Wtedy zaciągnęli wagon do brzegu. Zahuśtał się tak, że myślałem, iż powypadamy z niego. To wówczas weszła ta wielka przysadzista kobieta w mundurze. Jej twarz była pełna nienawiści. Spojrzała na mnie i wrzasnęła:
– A ty gdzie! Tam było twoje miejsce? Chyba nie tu kazałam ci siedzieć! Zabić go!
– Nie, już wracam… błagam nie – wyrzuciłem z przestrachem.
Złapała mnie za kołnierz i pociągnęła po desce. Czułem jak drzazgi rozdzierają mi spodnie, ale to nie było ważne, byłem na siebie tak bardzo zły, że poruszyłem się w tym wagonie, nie dość, że bałem się, że mnie zastrzelą, to teraz stałem się głównym celem. Nie mogłem sobie wybaczyć tego posunięcia, nie chciałem umierać. Byłem taki młody i przerażony, moje życie wisiało na włosku, jak ten wagon.
– Zabijcie go, tu strzelajcie! – wołała baba.
– Błagam nie, ja nie chciałem… ja…- spojrzałem w dół, pozostało mi tylko patrzyć jak szereg kul leci wprost na mnie i wbija mi się w ciało, ale ku mojemu zdziwieniu nikt nie otworzył ognie. Kobieta stała i wskazywała na mnie, jako na cel, ale nikt nie odważył się pociągnąć za spust. Byłem rozdarty, nie wiedziałem już na co mam się przygotować, na co czekać, o co błagać… czułem, że moja mina jest równie tragiczna jak tych z naprzeciwka, na których nie byłem w stanie podnieść wzroku.
– Zostawić! – usłyszałem z dołu.
Drzwi ponownie się otworzyły. Zacisnąłem oczy. Kobieta cofnęła się. Zabili ją? …Matko…zabili swojego człowieka przeze mnie… dlaczego?
Rozglądałem się po ludziach. Nikt już niczego nie rozumiał. Już nic nie było jasne. Wszedł naburmuszony mężczyzna w mundurze, ten sam, co wydał rozkaz zabrania nas z opery. Podszedł do mnie. Nawet łez nie miałem już w oczach, bo nie miały odwagi wypłynąć by nikogo nie sprowokować.
– Ciebie chciała sprzątnąć? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałem nieśmiało.
Bałem się zapytać czy ją zabili. Ale wiem, że padł strzał i jej żywot dobiegł końca. Runęła na ziemię i więcej do nas nie przyszła. Mężczyzna nachylił się nade mną. Ładny, wyprasowany, schludny, ogolony i czysty. Czułem świeżość jego munduru. Gdyby figury retoryczne mogły przyjąć daną postać lub sytuację, wyglądałby jak oksymoron w tym pomieszczeniu. Taki świeży smród. Grzeczny morderca. Przyjazny wróg. Mordujący mnie wybawiciel śmierci mojej…
– Co ona sobie myślała, nie? – mrugnął do mnie i spojrzał na coś za mną.
– Gdzie miałeś siedzieć skoro tu nikogo nie było…przyczepiła się krowa. Kowalski… Z Pomorza. Masz tu siedzieć.
Zdębiałem. Za mną, do ścianki z desek tkwiły przyklejone nazwiska wszystkich ośmiu osób siedzących w tym wagonie. Mógłbym przysiąc, że wcześniej ich tam nie widziałem…zresztą, może były, lecz nie zauważyłem. Umundurowany mężczyzna przyglądał się chłopakom i wodził błyszczącą lufą po klapie marynarki. Zerknąłem szybko za siebie. Na kartce czytałem swoje imię i nazwisko, jakbym dopiero dowiedział się jak się nazywam.
– Kowalski Marian, Pomorze…- wyszeptałem.
Mam na imię Marian, nazwisko Kowalski, wiek 18 lat, pochodzę z Pomorza… to ja…mam przeżyć…mam przeżyć…to jakiś koszmar, który zaraz się skończy, jestem bezpieczny…
– Co tak dumasz? – zapytał mundurowy. Dopiero wtedy zorientowałem się, że wpatruję się w jego pistolet.
– Podoba ci się? – przyłożył zimną lufę do mojego policzka.
– Błagam – pisnąłem.
– Błagasz? Przecież właśnie cię ocaliłem…ta głupia krowa chciała cię sprzątnąć, bo nie podobało jej się, że tu usiadłeś, a przecież na karcie wyraźnie jest napisane, że właśnie tu masz siedzieć…
Bałem się odezwać. Oddalił pistolet i pociągnął za spust. Matko Przenajświętsza…

– Kurwa, zaciął się…ty to masz Kowalski farta…- zaciął się sukinsyn!
Oblały mnie zimne poty, a nogi i dłonie opadły bezwładnie, nie potrafiłem napiąć mięśni i utrzymać rąk przy sobie. Wycelował lufę w powietrze, pstrykał ze trzy razy i cały czas się zacinało.
– No, co jest! – wściekał się. – Kowalski, znów ci się udało. – A tobie? – wycelował w blondyna dwa miejsca dalej.
– Tak…- jęknął
– Co kurwa tak?
– Tak…mi też się uda…- mówił, jakby naprawdę nie wierzył, że pistolet może wystrzelić. Mężczyzna nacisnął spust. Nie było słuchać głuchego kliknięcia, lecz pełny strzał. Odłamek czegoś wbił mi się w lewą stopę między dwoma najmniejszymipalcami. Nie wrzasnąłem. Bałem się. Spojrzałem tylko jak po stopie leje się krew. Co to było? Odłamek? Kawałek łuski czy jego czaszki…?
Zaniemówiłem. Zresztą wszyscy oniemieli. Nawet ten brutal w mundurze przez chwilę osłupiał zdziwiony. Widać było, że nie sądził, iż tym razem wystrzeli. Blondyn nerwowo zaczął się podśmiechiwać, a wtedy tamten zaczął rechotać jak sam szatan.
– Ooo, kuku się zrobiło…- i ponownie ryknął śmiechem.
Chłopak podśmiechiwał się, jakby nie wiedział, co się właśnie wydarzyło, jakby myślał, że nic się nie stało, że pistolet nie wystrzelił. Między jasnymi brwiami, bardziej po lewej stronie powstała czerwona niewielka dziurka, po której ciekła stróżka krwi. Jego szeroko otworzone oczy wyrażały zdziwienie, chciał wstać, spytać, „co ty zrobiłeś, co się stało, to nie prawda” i latać tak jak kura bez głowy…
– Co się tak cieszysz? – zapytał mężczyzna – przecież wpakowałem ci kulkę w łeb? Zaraz zdechniesz. Chce ktoś jeszcze? – rozglądnął się dookoła.
Schowałem krwawiąca stopę. Ból był niemiłosierny. Blondyn usiłował wstać, uciec od tego czegoś, co tkwiło w jego głowie, ale już nie potrafił, i najgorsze było to, że nie potrafił też umrzeć, patrzył na to wszystko już nie tymi wielkimi niebieskimi oczyma, które nie chciały się zamknąć. Patrzył na nas ze zdziwieniem i uśmiechem, i nie dał rady skonać. Nie chciał uwierzyć, że to już koniec. Że jego dobiegł koniec, a my nadal czekamy na werdykt.
Patrzyłem w te jego oczy pełne niedowierzania i zazdrościłem mu, że ma to już za sobą, że już po wszystkim, że nie wierzy, ale że w jego oczach nie odbija się życie tylko pozostałości owej niewiary…

Łańcut, 2:25, 15.04.2009


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: