Pożar-ł

Wszystko zaczęło się od tego, że rodzice zabraniali mi bawić się zapałkami. Niezaspokojona żądza obcowania z ogniem doprowadziła do niewielkiego pożaru, w którym ucierpiał jedynie świąteczny obrus mojej babki. Kolejnym atakiem nieświadomej agresji stała się moja ręka, a właściwie jej część przy łokciu, od wewnętrznej strony, dokładnie poniżej zgięcia, pomiędzy dwoma zmarszczkami skóry. Pomijając spalenie długiego warkocza, który niegdyś sięgał mi po pas, oraz inne drobne wypadki piromańskie, o jakich pozwólcie, że nie wspomnę, zdarzył mi się pożar naprawdę wielkich rozmiarów i to on zaszczepił bakcyl całopalenia u mojego poczciwego ojca.
Z małej chmury duży deszcz, z małej zapałki pożar całego mieszkania. Nie ocalało nic. Spłonęło wszystko, meble, dywany, chińska porcelana, flakon z wodą i kwiatami, kilim na ścianie i farba, zasłony i firany, dwa pluszowe misie oraz stu litrowe akwarium. Był to obraz nędzy i rozpaczy. Pomieszczenie osmolone, wypustoszałe, z którego ścian zwijały się zżółknięte tapety.
Długo zeszło, nim mieszkanie zyskało świeży wygląd, dużo minęło, nim znerwicowaną matkę wypuścili z zakładu dla obłąkanych, wiele wody upłynęło w Mikośce, nim młodsza siostra przytuliła misia się nie bojąc się już, że może czaić się w nim jeszcze iskra ognia.
Zaprzestałam zabawy. Przysięgałam na wszystkie świętości, Matki Boskie z któregobądź kościoła i wszystkich świętych, że nie tknę ognia, choćby nie wiem co. Słowa dotrzymałam, jednak tak zazwyczaj bywa, że raz wywołane Licho nie znika, kiedy się już go nie potrzebuje, ono siedzi cichutko i czeka na sposobność, aby pewnego dnia wyskoczyć i uderzyć z dwukrotnie większą, złą siłą.
Mój ojciec był spokojnym uczciwym człowiekiem, który nie skrzywdziłby nawet muchy. Po moim piramidalnym potknięciu sam doprowadził dom do porządku, prał, gotował i wychowywał dzieci, kiedy matka ciągnęła na psychotropach i starała się nie pamiętać o tym, co tak mocno utkwiło jej w pamięci. Zawsze krył się cicho, ale po owym zdarzeniu zdawał się być niewidoczny dla pozostałych członków rodziny, był niczym przezroczysty krasnoludek, który pomaga biednym dzieciom osamotnionym przez chorą matkę, której
pomieszało się w głowie na skutek doznanego szoku. Po codziennie odrobionej pracy i wykonaniu obowiązków, zamykał się dużym pokoju i nikt nie wiedział co robi, zresztą nikogo to nie obchodziło. Po prostu żył z dnia na dzień i starał się nie wchodzić nikomu w drogę. Nigdy się nie skarżył, nie narzekał, był ojcem, który nie wtrącał się do naszego życia, ale wiedziałyśmy, że gdzieś tam siedzi
zaszyty w fotelu.
Miał drobną budowę ciała, a jego kruczoczarne włosy pokrywały pierwsze oznaki siwej starości. Nie zdarzało mu się krzyczeć ani wykonywać raptownych ruchów. Był zawsze opanowany, a i może zbyt powolny z powodu wypijania dużej ilości herbaty z relanium. Jego charakterystyczną cechę stanowiły oczy: dwa duże świdrujące węgielki. Tamtego dnia, kiedy mama miała wrócić
do nas, były jeszcze bardziej czarne i błyszczące jakby coś zapaliło w nich ognistą dzikość.
– Co robisz? – odparłam widząc, jak wynosi kołdrę na balkon.
– To be dzie buuuu! – bełkotał.
– O czym ty mówisz?
Byłam bardzo zdziwiona, bo jego ruchy wcale nie wydawały się być ślamazarne, wręcz wykonywał energiczne i zdecydowane posunięcia, a jego skromna postura rozrosła się do koszykarskich gabarytów. Wyglądało to zupełnie tak, jakby przez wiele miesięcy zbierał w sobie siły, kumulował, ściskał, tłamsił, by teraz – na przyjście mamy – otworzyć przed nami nowe horyzonty.
Jego zwiotczałe, mikroskopijne mięśnie upodobniły się do niezłych bicepsów, a ładnie ułożone włoski rozwichrzyły się tworząc na czubku czarniejącego irokeza.
– Tatuś co ci jest? – próbowałam zrozumieć jego nagłą metamorfozę.
– Basiu, zabieraj te misie i schowaj na balkonie za kołdrą, żeby się nie przypaliły.
– Nie przypaliły od czego?
– Od buuu! – krzyknął i cisnął mi dwa pluszowe miśki.
Potulnie zabrałam je na balkon. Była ładna pogoda, słońce rozświetlało sznurki, na których wisiała zarzucona pierzyna.
– Właź pod kołdrę!
– Ale dlaczego? – zapytałam.
– Chowaj się, bo cię przypali tak jak ostatnim razem.
– Jak ostatnim razem? Poparzy mnie? O czym ty mówisz?
– Będzie pożar Basiu, pożar ogromnych rozmiarów, spalimy tę budę w cholerę, cha, zabieraj to, co chcesz oszczędzić, bo wszystko spłonie, spłoonie, spłooonie – wykrzykiwał, tańczył i machał rękami, jakby w ciągu jednego dnia postradał zmysły.
– Chcesz powtórzyć moje dzieło? – zapytałam nieśmiało – przecież to już było, popełnisz plagiat. Tato oszalałeś – tłumaczyłam mu i powoli wyczuwałam jak owy demon powraca do mnie, jak czuję zapach siarki, słyszę trzask palonego drewna, widzę jasność i doświadczam pożądanego ciepła, które stopniowo parzy moją skórę łechcąc mi zmysły. Już nie pouczałam go, nie mówiłam, że źle
robi, że oszalał, postradał zmysły, że mu zupełnie odbiło, lecz wciągnięta w wir piromaństwa z rozkoszą przypomniałam sobie zakazane zabawy. Nakryłam się kołdrą i spokojnie czekałam.
– Schowałać się?
– Tak! Chodź szybko!
– Zaraz zaraz. Już podpalam – komentował i wycofał się w moim kierunku.
Kiedy odrzucił zapałkę, wcisnął się obok mnie. Wtedy zarzuciłam kołdrę i szczelnie nas opatuliłam.
– I co? – szepnęłam z przekąsem – Słychać pożar?
– Chyba coś jest nie tak. Coś jest nie tak. Nie słyszę.
– Stój, nie wychylaj się.
Odgarnął kołdrę. Byłam gotowa na poparzenie, czekałam, aż ogień buchnie mi prosto w twarz, ale nic się nie działo. Ani smrodu, ani ciepła, ani jednego
płomyka.
– Zapomniałem polać naftą – puknął się w głowę.
Zeszłam z balkonu do mieszkania. Ojciec polewał telewizor, dywan, kontakt i wersalkę.
– Nie szkoda ci tych wszystkich rzeczy? – zapytałam po chwili zastanowienia.
– A czego ma mi być szkoda? Telewizor to stary grat, wersalka rupieć, to wszystko to gówniany kurnik. Spalmy to w cholerę!
– A mi jednak szkoda. Może pozbieramy parę drobiazgów, schowamy pod kołdrę, może ocalimy…
– Nie! Niczego prócz misiów nie będziemy ocalać, niczego, ja już to polałem, za późno, to już spłonie. Spali się ze wszystkim.
Właśnie wycofywał się na balkon i polewał firankę z kaganka. Usłyszałam stukot na korytarzu.
– Tato, nie podpalaj. Ktoś przyszedł.
– Podpalam. Już podpalam.
– Tato zaczekaj… – popatrzyłam jak pali się knot w kaganku przypiętym do firanki. Ogień hulał po wyznaczonej ścieżce naftowej. Firankę lekko poruszał wiatr. Siedziałam pod kołdrą i modliłam się, żeby złe licho jeszcze nie teraz roznieciło ogień i nie spowodowało pożaru całego domu.
Ktoś zdzierał ze mnie okrycie. Ostrożnie wyjrzałam zza kołdry, to moja siostra chciała zabrać dwa schowane misie.
– Właź, szybko – pomogłam jej się wdrapać na balkon. Opatuliłam ją kołdrą i zabroniłam się wychylać.
– Firanka już płonie. Ciekawe, kiedy nastąpi wybuch? – zwróciłam się do niej.
– Boję się Basia!
– Nie bój się, zakryłam cię szczelnie kołdrą, trzymaj misie, nic ci się nie stanie.
– Gdzie tata?
Wyglądnęłam spod kołdry. Ojciec biegał pomiędzy ścieżkami ognia i rozrzucał zapałki.
– Tato chodź – nawoływałam go – Przecież kaganek zapalił już firankę.
Chciałam ich wszystkich uchronić przed poparzeniem, miałam wyrzuty sumienia po ostatnim pożarze, żal mi było mieszkania, wersalki, telewizora i tych wszystkich rzeczy, które miały zostać nagle pożarte.
– Tato chodź! – krzyknęłam po raz ostatni.
Posłuchał mnie. Wsunął się pod kołdrę i czekał z nami na wybuch. Ponownie usłyszałam trzask czyichś kroków w przedpokoju. Delikatnie odgarnęłam kołdrę, by w przypadku wybuchu, nieoczekiwany ogień poparzył tylko mnie, i wyglądnęłam na zewnątrz. Przez lekko palącą się firankę dostrzegłam mamę.
Stała w drzwiach i ściągała buty.
– Gdzie jesteście? Co się dzieję? – zapytała.
– Mama, my…

Firanka nie płonęła. Wisiał przyczepiony do niej kaganek. Nie było wybuchu i nigdy nie miało do niego dojść, bo nic nie płonęło. Dywan nasiąkał naftą. Ojciec rozpaczliwie próbował na nowo rozniecić ogień zapalając po raz kolejny płomyk w kaganku i zdmuchując go na firankę, aby się zajęła.
– Mamo my…
– Widzisz? – zwrócił się do matki – nie dostaniemy odszkodowania!

Łańcut 2004


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: