Upalne lato

To był piękny sen. Działo się to jakieś pół wieku temu, kiedy to kobiety nosiły strojne suknie i starannie ułożone fryzury, a mężczyźni, niezłe chłopaki, biegali w białych koszulach i spodniach w kanty za dziewczynami.
Było nas trzy. Nierozłączne trzy przyjaciółki. Jedna z nas pracowała w księgarni na rogu, tam, gdzie dziś mieści się sklep z upominkami. Miała na imię Gosia i dorabiała sobie na naukę i kosmetyki. Pamiętam, to było lato, razem z Renatą przyszłyśmy do księgarni, Gosia porządkowała książki na półkach obok lady.
– Cześć, duży dziś ruch? – spytałam.
– Nawet nie – odpowiedziała.
Miała na sobie żółtą sukienkę przewiązaną w pasie, a jej kruczo-czarne włosy zdobiła opaska z materiału tej samej barwy. My byłyśmy ubrane podobnie, jedynie kolor sukienek pomagał innym odróżnić nas od siebie. Ja byłam różowa, a Renia błękitna. Zazwyczaj ubierałyśmy się tak samo. Tak samo wiązałyśmy włosy, a makijaż nie dość, że był identyczny, to w dodatku robiony tymi samymi kosmetykami. Ludzie odbierali nas, jako siostry – trojaczki – wiecznie razem, w przyjaźni do grobowej deski. Weszłyśmy do księgarni w ten upalny dzień. Chciałam kupić jakąś ciekawą bajkę, ale żadna mi nie odpowiadała, a ceny były zbyt wysokie (…)

„Jaki on pewny siebie, jaki tupeciarz, jaki…” – myślałam i brakowało mi słów. Lecz zanim zdążył dojść do regału, przy którym stałam, mimo, że dech zapierało mi na sam jego widok, mimo, że byłabym w stanie paść przed nim na kolana i błagać, żeby zabrał mnie ze sobą lub chociaż zechciał dotknąć, mimo, że postradałam dla niego zmysły i nie byłam w stanie oderwać od niego oczu, mimo to wszystko razem wzięte, uniosłam się głupią ambicją i więzią łączącą mnie z Małgorzatą. Kiedy był już na tyle blisko bym mogła go dotknąć, zadarłam dumnie głowę do góry i szarpnęłam go za poły marynarki, aż zatoczył się na regał. Chciałam przyciągnąć go do siebie, przytulić, wyssać z jego słodkich ust duszę –(…)

Mój uścisk ani na chwilę nie uwolnił jego marynarki. Trzymałam ją tak mocno, jakbym pragnęła złączyć się z nim na zawsze, jakby owo chwycenie było wyrazem gorących uczuć, jakimi go darzyłam. Targałam go tak za fraki i patrzyłam prosto w oczy, z pełną miłością, jakby słowa nie miały znaczenia ni sensu, jakby usta nie należały do mnie, lecz do kogoś innego, jakby źródło przekazu wydobywało się z mego spojrzenia, pełnego rozpaczy i uwielbienia, by tylko zwrócił na mnie uwagę, więc krzyczałam głuchym echem koleżanki, a on wydawał się nie rozumieć całej tej sytuacji, zupełnie jakby zastanawiał się, co my wszyscy od niego chcemy, dlaczego Gośka robi mu sceny zrozpaczonej, porzuconej kochanki, a druga – choć nigdy z nią nie rozmawiał i nie miał nawet przyjemności jej poznać osobiście – jak głupia papuga, histerycznie pomaga przyjaciółce zbesztać człowieka i wtrąca się, sama nie wiedząc w co. Stanął przede mną w milczeniu, a potem złapał mnie za rękę, którą mięłam jego marynarkę. Ścisnął jednocześnie mocno i delikatnie. Przestałam mówić.
Powoli wysunął materiał z mojej dłoni, a później otrzepał go ręką, jakby chciał go przeprasować, przy tym wszystkim zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół i było to tak bardzo bolesne i pogardliwe spojrzenie, że od razu odsunęłam się od półki z atlasami.
Dalej niezbyt pamiętam, co się działo. Chyba wyciągnął kilka atlasów, zaczął je przeglądać i mimo kolosalnej ceny, wybrał jeden z nich i kupił. Gośka płakała, kiedy płacił gotówką, a potem z zapakowanym towarem wsadzonym pod pachę, wyszedł z księgarni. Żadna z nas nie wypowiedziała ani słowa.
Było to naprawdę długie milczenie. Stałyśmy takie porzucone i z tęsknotą w oczach patrzyłyśmy za jego cieniem. Niedomknięte drzwi poruszał lekki wiatr. Słońce oświetlało wnętrze..(…)

Później ludzie ze wsi opowiadali, że widzieli jak szedł drogą, ubrany jak zwykle elegancko w tę swoją marynarkę i żółtą koszulę z krótkim rękawem, a mali chłopcy zatoczyli krąg wokół niego, i krzyczeli, żeby przestał być taki wyniosły, żeby wyznał mi miłość i natychmiast do mnie ruszył; ale on nie chciał, machał rękami, by ich odpędzić, szamotał się między nimi jak ktoś, kto odpędza duchy lub motyle, więc oni przemienili się w te motyle i złapali go za poły marynarki i unieśli w górę, nie wysoko, nisko ponad ziemią, tak, byle tylko nie dotykał stopami gruntu, by nie mógł uciec, zawrócić z drogi; opowiadali, że wlekli go przez całą wieś do mnie, do swojej miłości.
A ja siedziałam na łące, między miastem a wsią, siedziałam smutno i w milczeniu. Z moimi przyjaciółkami. Tak długo, aż zobaczyłam w oddali jak leci ku nam trzymany przez motyle – małych chłopców. Nie opierał się, poddał się rączkom tych małych potworków i patrzył w naszą stronę. Chłopcy donieśli go na łąkę i zostawili. Marynarka powoli opadła na jego piękne ciało. Podszedł do nas. Trwało milczenie. Usiadł naprzeciw mnie. (…)

Obie odeszły i zostawiły mi go na łące w ten upalny letni sen.

Łańcut 2004

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: