Wagon szesnaście

Wszyscy śpiewaliśmy w chórze. Ustawieni na stopniach wykonywaliśmy kwestie nakazane przez historię. Oko kornery podjeżdżało i już. A potem przyszła kolej na mnie. Ledwie się trzymałam stojąc na podwyższeniu.
Wśród miliona osób.
– Który to był stopień? – zapytała prowadząca. Była to kobieta, która dawała nam życie i w każdej chwili swobodnie mogła je odebrać, wolno jej było, żywiła bowiem całą wioskę i tylko dzięki niej udawało się przetrwać, zdobyć zatrudnienie, środki na utrzymanie, odbudowę domu; miała władzę i wiedziała o tym, dlatego wykorzystywała ją, kiedy tylko miała okazję.
– Który, drugi czy trzeci?
Nie wiedziałam, miałam jeszcze trochę czasu, gdyż kamera dręczyła chłopaka w przebraniu generała. Powoli zeszłam w dół.
– To był trzeci stopień – rzekłam, gdy nadeszła moja kolej.
– Niestety, pierwszy! – zatriumfowała. Celowo mnie podpuściła, a potem już tylko bruk, nikt nie miał prawa się przyczepić, przecież udzieliłam błędnej odpowiedzi. Wyrzuciła mnie.
– Gdzie ty teraz znajdziesz pracę? – spytała z udawaną przebiegłą troską.
– Jakoś sobie poradzę – powiedziałam opuszczając podest i wchodząc w głąb wioski. Weszłam na swoją ziemię, na której znajdowały się dwa uszkodzone domy, jeden nie miał dachu, a drugiemu brakowało ściany.

(…)

a pociąg zatrzymywał się w umownie wyznaczonym miejscu o danych godzinach.
– Odjechali – powiedział z nutą żalu, gdy pociąg ruszył.
Staliśmy obok siebie, głodni i bez szans, a kolejne wagony usuwały się z naszego wzroku. Było ciemno. Ludzie się rozchodzili.
– Może jednak? – zaproponował.
– Nie wiem, ja się waham, nie chcę stąd wyjeżdżać, tu jest mój dom, chcę wierzyć, że mogę tu żyć godnie i coś osiągnąć, wierze, że możemy być szczęśliwi tutaj.
– Przecież nie mamy dachu nad głową, pozbawiła na wszystkiego, nie mamy, co jeść. My głodujemy, a ona obżera się jak świnia i wyrzuca resztki, my nie mamy ani grosza, a ona pławi się w splendorach, czy ty nie widzisz jej marmurowej zimnej, białej twarzy, która jest niewzruszona, nie widzisz tych czerwonych krwawych ust, które pożerają nasze ciała? Wskakuj – krzyknął, gdy nadjechał szesnasty wagon.
Wepchnął mnie do środka. Początkowo nie wiedziałam co się dzieje, słyszałam trzask, widziałam jakieś błyski, stałam na chwiejnych nogach w szesnastym wagonie, a prócz mnie nie było żywej duszy. Kręciło mi się w głowie chyba z głodu i czułam się oszołomiona. Usiadłam na krześle. Wsiedli kolejni pasażerowie, a ja dopiero po chwili doszłam do siebie. Ludzie zajęli wolne miejsca. Postanowiłam wstać i poszukać męża. Obok ludzi leżały na podłodze torby z jedzeniem, nikt na nie nie zwracał uwagi, a mi tak strasznie zaczęło burczeć w brzuchu na sam widok tylu smakowitości, aż zesztywniała mi żuchwa, więc kiedy pociąg znów zaczął zwalniać, chwyciłam jedną reklamówkę i szybkim krokiem ruszyłam ku wyjściu. Nikt nie protestował. Kiedy wyskoczyłam z pociągu, na torach stał mój mąż.

(…)

– Tu rzeczywiście coś nie pasuje? – zastanowiłam się głośno.
– Co wy wszyscy oszaleliście? Przecież jest dobrze, a to, że inni na nas nie zwracają uwagi to znaczy, że się od nas odwrócili, bo nam się udało, przedtem martwiłem się, że nie ma dachu, nie, nie jestem głupi, nie zamierzam się teraz martwić takim szczegółem skąd dach znalazł się na domie, przecież to dobrze, a nie źle, tamci nie chcą zadawać się z odrzutkami, bo boją się, kieruje nimi strach, nie wiedzą, że tak jest o wiele lepiej. Harują za marne grosze, a i tak mają odbijane za okruszki jedzenia, a my nie, zrobiliby to samo, gdyby tylko wiedzieli, że życie bez łańcucha jest lepsze. Przecież to jasne, nie wmówicie mi, że jest inaczej, a jeśli to sen, to nie ważcie się mnie budzić, ja śpię dalej i basta – zapienił się mój mąż.
Zapadła cisza. Siedzieliśmy wszyscy w milczeniu i nikt nie śmiał pierwszy się odezwać. Przypomniało mi się jak byliśmy w muzeum figur woskowych, nawet nie zażądano od nas biletów, nic. Weszliśmy, pooglądaliśmy i nikt nas nie przeganiał. Dawniej było to nie do pomyślenia, nie dość, że trzeba było mieć wejściówki to jeszcze byle kto nie mógł wejść.
– Wiecie co, przejdźmy się – zaproponowałam, gdy zrobiło się już ciemno, Wstaliśmy wszyscy i wyszliśmy z domu. Po paru minutach spaceru zobaczyłam Karolinę jak stoi przed sklepem.
– Karolina! – zawołałam. Spojrzała na mnie.
– Karolina! – powtórzyłam i ucieszyłam się, że mnie usłyszała.
– Ona cię nie słyszy – powiedziała przyjaciółka.
– Jak to nie słyszy, przecież popatrzyła się na nas.
– Też mi się tak początkowo wydawało, ale zwróć uwagę, że stoi tak jak stała, nie reaguje.
– Karolina! – nie dawałam za wygraną i ruszyłam w jej stronę.
Ze sklepu wyszły dwie osoby. To była ochrona dyrygentki chóru.
– Karolina! – krzyczałam, a maż i przyjaciele podbiegli do mnie.
– Chodźmy stąd – powiedział mąż obejmując mnie za szyję – Ona jest taka jak inni, nie zwróci na ciebie uwagi.
– Ale ja jestem pewna, że nas słyszała, tylko potem wyszły tamte dwie i … Karolina!! – krzyknęłam ponownie – jeśli mnie słyszysz chodź w moją stronę!
Ku zdziwieniu wszystkich, Karolina ruszyła.
– Widzicie, wiedziałam, że ona mnie słyszy, widzicie?
– Stój – krzyknęły tamte dwie.
Zatrzymała się. Podbiegłam do niej.
– Chodź, widzisz mnie prawda? Nie ignoruj mnie, chodź do nas.
– Gdzie idziesz? – zapytały z ochrony.
– Ja? Nigdzie! – zmieszała się Karolina i oddaliła się od tamtych, a one cały czas ją obserwowały.
– Karolina, ja tu jestem, widzisz mnie prawda?
– Słyszę, proszę odejdź zjawo, daj mi spokój ja mam już dosyć, nie męcz mnie, bo zamkną mnie w zakładzie, a tego nie wytrzymam – rzekła patrząc w dal tyłem odwrócona od tamtych.
– Nie widzisz? – zdziwiłam się.
– Przecież cię nie ma, odejdź – oznajmiła cedząc przez zęby i nadal patrząc w przestrzeń.
– Co?- znieruchomiałam. Moje zdziwienie było tak wielkie, że czułam jak kostnieją mi wszystkie stawy, jak tracę grunt pod nogami. Stałam tak patrząc jej w twarz, a jej oczy zdawały się błądzić gdzieś w pustce, którą wypełnialiśmy.
– Co ona powiedziała? – rozpłakała się przyjaciółka – dlaczego cię nie widzi, przecież jesteś tu, ja widzę cię doskonale.
– Karola – szepnęłam, kiedy odzyskałam świadomość.
– Dlaczego mnie nie widzisz, czy coś się stało?
– Nie mogę, śledzą mnie tamte.
– A ich widzisz, czy tylko słyszysz tak jak mnie?
– Ich widzę, to nie z moimi oczami jest coś nie tak tylko z tobą. Nie nawiedzajcie mnie.
– Ze mną? Ale co?
– Nie mogę mówić, bo tamte usłyszą.
– To są złe duchy?
–Tak.
– Odpędzę je od ciebie, a ty kieruj się za moim mężem.
– On też tu jest?
– Tak, jego też nie widzisz?
– Nie, nikt was nie widzi. Ja, tylko ja miewam wizje, słyszę, to takie straszne, nikt mi nie wierzy, uważają, że jestem szalona, odejdź proszę, je chce być normalna.
– Teraz wszystko rozumiem. – uspokajał mąż.
– Karola zatem idź do mojego domu ja odgonię tamte.
– Oni chyba nie żyją – zwróciłam się do przyjaciół – Karolina jest duchem, tak jak reszta ludzi, dlatego brak w nich reakcji na nasze czyny, wygląda na to, że tylko my ocaleliśmy, dlatego jesteśmy tacy samotni i nikt się do nas nie odzywa, nie zwraca na nas uwagi, tylko co się stało, co mogło się stać w tym chórze?

Karolina wolnym krokiem szła do naszego domu, a ja zatrzymałam tamte dwie.
– Sio, precz, a kysz, wara stąd! – machałam rękami.
Odeszły, ale niezbyt daleko, obserwowały Karolinę, jak przechodziła przez szklane drzwi domu wcale ich nie otwierając.
– A jednak to prawda- przekonałam się, kiedy stała na środku pokoju i nie zwracała uwagi na fotele.
– Tamte ją dręczą, to złe duchy – dodałam.
– Karolina słyszysz mnie? – zapytał mąż.
– Słyszę.
– Powiedz co się stało, usiądź może.
Ale Karolina zamiast usiąść przeszła przez fotel. Popatrzyliśmy na siebie smutno.
– Może lepiej postoję, nie wiem, gdzie bym mogła usiąść, tyle tu gruzu.
– Gruzu? Co się stało, co się stało z tymi wszystkim ludźmi, jak zginęli, jak ty, dlaczego nic nie widzisz?
– Ale ja nie zginęłam.
– Nie? To dlatego nas słyszysz, ocalałaś? Ale dlaczego nie widzisz?
– Ja nie umarłam. Inni też nie umarli, nie zostali wyrzuceni z chóru. To wy!
– Tak, nas wyrzuciła, ale nadal nie rozumiemy sensu.
– To wy zginęliście! – rzekła Karolina i potknęła się nie wiadomo na czym.
– Co ty opowiadasz – oburzyła się przyjaciółka – przecież to ty jesteś duchem, przeszłaś przez drzwi, sama widziałam i teraz przez fotel, to ty przewracasz się na środku pokoju, gdy wokół pełno wygodnych siedzeń, to ty! Ty jesteś szalona, mieli rację, niech cię zamkną! –krzyczała niedowierzając w te kompletne bzdury.
– Przecież tu wcale niema drzwi, nie mówiąc o fotelach, potknęłam się na cegle, ten dom to ruina od kilkunastu lat, jest niedokończony, nawet dachu nie ma – wyrąbała prosto z mostu trzymając się za palce u nogi.
Ponownie zamilkliśmy. Przecież dom był ukończony. Miałam klucze. Szklane nowoczesne drzwi, ładny dach, fotele cudownie komponujące się z ciepłym pomarańczem ścian, okrągły dywan na środku, kwiaty…
– Mylisz się – powiedziałam – my żyjemy, może nieco inaczej niż jak byliśmy w chórze…
– Lepiej – dodał mąż – mamy teraz wszystko, dom, jedzenie.
– Tak? A kiedy jedliście? – spytała Karolina. – Zresztą zobaczcie, że przez otwór z góry świeci księżyc, wyraźnie widać jak zachodzą na niego chmury, spójrzcie, zrobiło się ciemniej.
– To lampka się psuje – usiłowałam ratować sytuację – stale się przepala, mąż wymieniał już parę razy żarówkę, prawda wymieniałeś?!
Jednak jej argumenty biły nasze i głowę. Powoli zmuszeni byliśmy jej wierzyć, nasze ładnie ułożone życie zaczęło się sypać w stertę gruzu, o który potykała się Karolina. W dachu powstawały dziury, przez które widzieliśmy gołe niebo, aż jedna wielka pustka pochłonęła wyimaginowany strop, ukazując błyszczące gwiazdy i księżyc chowający się i ukazujący zza chmur.
– O Boże! Tutaj nic nie ma – ocknęłam się widząc zupełnie nieukończony dom.
Tkwiły tylko szare surowe mury, bez okien drzwi i dachu. Sięgnęłam do kieszeni, w dłoni zamiast klucza ujrzałam wszechogarniającą mnie rozpacz. Nasza przytulność zmieniła się w chłodny powiew wiatru i stertę gruzu pod stopami. Staliśmy tacy bezradni i osamotnieni w naszym nieszczęściu. Przyciemniona twarz Karoliny zdradzała oznaki ludzkiej litości i już nie miałam wątpliwości, co do jej prawdomówstwa.
– Powiedz – wyszeptał mąż już spokojnie, z opanowaniem – Powiedz, co się z nami stało.
– Tamtego dnia, gdy opuściliście chór wróciliście do domu, ale widząc jego beznadziejny stan poszliście na tory.
– Tak, pamiętam – przytaknęłam.
– Pociąg nadjechał, a potem ruszył, a kiedy podjechał szesnasty wagon wrzuciliście się pod niego, przynajmniej tak twierdzą inni.
– Pamiętam – westchnął mąż – to ja ciebie pchnąłem, a potem sam wskoczyłem – rozpłakał się.
– Pamiętam to.
Nic nie mówiłam, oczami pamięci wspominałam tamten dzień, nasze obawy i lęki, decyzje, ślad za sąsiadami i moją niepewność. Przypominałam sobie jak wepchnął mnie do pociągu, jak zabrałam siatkę, jak wysiadłam na tej samej stacji, co wsiadłam i jak wszystko się diametralnie zmieniło. Aż do tej pory.
– To nie możliwe – zawyła histerycznie przyjaciółka – przecież my z wami rozmawiamy, widzimy was, siedzimy w tym domu, przechodzę otwierając drzwi. To Karolina się myli, przecież tu są drzwi!
– Nie ma – uspokoił ją jej mąż – Nie ma, oni nie żyją. Zresztą my też. Pamiętasz?
Po tym jak oni popełnili samobójstwo na torach, nas też wyrzucono z chóru, nie mogłaś przeboleć ich starty, dlatego teraz tak długo zwlekaliśmy z odwiedzeniem ich, w tobie tkwił żal i podświadomie czułaś jakąś barierę, opór przed zobaczeniem się z nimi. A pamiętasz jak Karola próbowała odebrać sobie życie? Prowadząca ją powstrzymała, powiedziała, że to jeszcze nie jest jej czas i pewnie dlatego teraz łazi za nią ochrona, nie pamiętasz jak sama mówiłaś, że Karolina zbzikowa po tej próbie samobójczej, że niby mówi do siebie, że coś słyszy, pamiętasz prawda? Słyszy, bo jedną nogą przekroczyła próg drzwi, jej percepcja jest o wiele bogatsza od widzenia innych, ona szaleje, myśli, że jest niezrównoważona, ale to tylko my ja dręczymy, bo otworzyła nam do siebie furtkę, przez którą możemy przejść.
– Karolina czy mam rację? Hej, hej, gdzie idziesz – zapytał.
Lecz ona już nie zwracała na nas uwagi, przeszła przez pusty otwór, a szklane drzwi się za nią zamknęły.
– Znów się spaliła.- rzekłam do męża wsadzając ręce do kieszeni. W mojej dłoni tkwił zimny metalowy klucz do naszego cudownego domu.
– Będziesz musiał coś zrobić z tymi żarówkami…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: