Wydzwaniał całą noc

Wydzwaniał całą nocWydzwaniał do mnie całą noc. Pierwszy sygnał wywołał moją radość, ale zaraz zrozumiałam, że wcale nie ma się z czego cieszyć. Krzyczał, opowiadał głupoty najokrutniejsze z głupot, męczył słowami mój zaskoczony umysł. Wyłączyłam telefon, ale on nie przestał na jednym, chełpił się moim jękiem, pragnął żywić się moimi łzami i wysysać resztki opanowania.

A miało być dobrze, miałam czekać z utęsknieniem na jego głos, osobę i dotyk, lecz on wydarł ze mnie serce i ścisnął tak mocno, aż przestało pulsować. Rzuciłam słuchawkę, a ona niczym złośliwa żmija drżała, wiła się i wdzierała w dłoń, aby ukąsić mnie w ucho.

– Odejdź – prosiłam, a on mimo to pchał się drzwiami, oknami – nie wytrzymałam. Wyłączyłam dopływ energii, dźgałam żmiję, aż ucichła. Jej fosforyzujące oczy zgasły. Wężowate ciało przestało się wić. Nie kusiła. Nie kąsała. Ale jad tętniący w moim ciele płynął już zdradziecko żyłami.

W domu było zbyt tłoczno, gdzieś rozmawiali ludzie. Gwarno. Dym papierosowy mieszał się z mgłą. Słyszałam ich doskonale i czułam, ale dostrzec nie mogłam. Dzikie koty przechadzające się wokół pieca, ocierały grzbiety o mur i moje nogi, było ich naprawdę dużo, mnożyły się w oczach i miauczały nieznośnie.

– Głodne jesteście? – zapytałam – Zaraz wam coś dam kociaczki moje, zaraz dam – mówiłam słodko, wyciągając biały ser z lodówki. Jeden kot wskoczył na piec, nie wyglądał jak kociak, był wstrętny, biały i nastroszony. Początkowo, z dystansem obserwował moje ruchy, ale gdy dostrzegł swymi fałszywymi ślepiami, że mam w dłoni kawałek sera, rzucił się na mnie i wbił kły w moje palce.

– Puszczaj wstrętny zwierzaku! – krzyknęłam. Krew zaplamiła ser.

Nie mogłam odczepić kocura i choć wolną ręką odrywałam jego szczękę od moich palców,  uparte zwierzę zaciskało kły na powrót.

– Pomóżcie mi! – wołałam ludzi, ale oni nadal gdzieś tam siedzieli, palili papierosy i głośno rozmawiali.

Cudem udało mi się wydostać palce z kleszczy. Zrzuciłam kota z pieca i kopnęłam mocno, aż potoczył się po kuchni. Miauknął, zatrzymał się przy szafce, podniósł się na łapy i strzepnął ciałem. Czerwony ser leżał porozwalany na folii. Reszta kotów okrążyła mnie i pociągała nosem. Tamten ostro na mnie spojrzał, dołączył do bandy, która szybko wpuściła go do kręgu.

– Co wy ode mnie chcecie, przecież ja tylko miałam zamiar was nakarmić.

Koty zaczęły przeraźliwie miauczeć, a ich głosy bardziej przypominały ryczenie niż słodki, koci mruk.

– Odsuńcie się – tupnęłam nogą i wzięłam garść biało-czerwonego sera, żeby rzucić im na podłogę, ale przywódca – biały kocur – wskoczył na piec i ponownie wgryzł mi się w palce, a reszta nieznośnie zaczęła szarpać moje spodnie.

– Co jest, ratunku, puśćcie mnie! – wierzgałam na wszystkie strony.

– Co ty robisz? – zapytała babcia, wchodząc do kuchni. – Dlaczego rozrzucasz ser, zostaw te koty w spokoju, siedzą cicho to je drażnisz. –  Nakrzyczała na mnie, a potem wzięła ścierkę z pieca i wygoniła koty z kuchni.

Palce mi krwawiły, w około było naprawdę brudno.

– Idź na pole, ja tu muszę posprzątać, wiecie co, kto by pomyślał, sądziłam, że jesteś dorosła, że można cię zostawić samą, widzę, że grubo się pomyliłam. Uciekaj stąd – burknęła i uderzyła mnie ścierką, w którą zaraz potem wydmuchała nos.

Przekraczając próg kuchni znalazłam się w sieni, w której unosiła się gęsta mgła. Po prawej stronie znajdowały się drzwi. Otworzyłam je. W niewielkim pokoju z brązowymi kotarami siedziała reszta rodziny, śmiali się głośno i pojawiali się między smugami dymu.

– Co tam znowu przeskrobałaś? – kpili.

– Kotom gospodarowała cha cha!

– Już sio, na pole! – ponownie dostałam ścierką od babki, która wychyliła się z kuchni.

– Dobrze, już sobie idę, koty by mnie zagryzły, a wy jeszcze się na mnie drzecie, co ty babciu głodzisz je, że się na mnie rzuciły?

– A idź ty, nie będziesz mi tu głupot gadała…

Kolejnego razu ściery nie przeciągnęła. Czułam jak jad żmii kipi mi w żyłach, wyszłam na zewnątrz i trzasnąwszy drzwiami, usłyszałam jeszcze z oddali jak szydzą ze mnie, że się kotka małego przestraszyłam, ale mało mnie to już obchodziło, nie chciałam się przejmować, wyszłam za furtkę i zeszłam z górki do wąwozu. Była to ładna droga. Z oddali rozchodził się krajobraz pól, zerwałam jakiegoś kwiatka i zaczęłam obracać go w palcach. Czułam się taka samotna i niezrozumiana przez nikogo, a jednocześnie zrobiło mi się tak cudownie błogo, ja i ogarniający mnie wszechświat, ja i moje życie. Bardzo mocno zdawałam sobie sprawę z tego, że to kraina do której inni nie mogą się dostać, i właściwie nie obchodziło mnie to. Szłam wolno, przestępując z nogi na nogę, a kiedy obróciłam się, żeby zobaczyć jak daleko odeszłam od chaty, spostrzegłam, że ktoś za mną idzie. Była to duża męska postać  przyodziana w długi prochowiec, na głowie miała kapelusz, twarz trudno było dostrzec, bo była taka mgielna, szara, zupełnie, jakby jej ciało powstało z trującego dymu tytoniowego, który ulotnił się za mną z domu. Nie szła. Raczej sunęła parę centymetrów nad ziemią. Przestraszyłam się. Błogi stan minął. Zatrzymaam się i chciałam wrócić do domu, lecz postać zagradzała mi drogę. Stanęła naprzeciw mnie, wysunęła z pochwy siekierę, równie szarą i mgielną, która zaczęła jej wirować nad głową, a potem otworzyła coś, co było ustami i syknęła jak żmija.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odrzekałam i strach pośpiesznie minął.

– A może niezbyt dobry dzyń, dzyń, cha, cha! – Siekiera coraz intensywniej kręciła się nad postacią, zostawiała szare smugi, brudziła powietrze.

– Wbiję ci ją w głowę – oznajmiła. Strach momentalnie powrócił, zaczęłam krzyczeć i pędzić ile sił w nogach do chaty. Czułam za sobą powiew siekiery, a kiedy wbiegłam na górkę, ostrze zraniło mi delikatnie skroń.

– I nawet Demon może się mylić – syknęła mgielna postać w prochowcu i kapeluszu.

– Demon? – zatrzymałam się dotykając krwawiącego miejsca.

– W samej osobie.

– Nie zrobisz mi krzywdy – powiedziałam zuchwale i usiłowałam znaleźć siekierę, którą we mnie rzuciła; leżała obok w trawie. Chwyciłam więc szary trzonek i cisnęłam w kierunku zjawy. Siekiera miała nieokreślony ciężar i choć rzuciłam ją lekko i niezdarnie, niczym namagnetyzowana trafiła Demona prosto w czubek głowy, wgniatając mu na środku kapelusz.

– I kto ma lepsze oko? – zaśmiałam się dumna, widząc jak postać się rozpływa.

– Może oko masz lepsze, ale ja mam mocniejszą głowę – syknęła kpiąco i wydarła siekierę z czerepu.

Przytkało mnie. Wiedziałam, że jeśli nie zdołam dobiec do domu, Demon dokończy zamierzonego celu. Zaczęłam uciekać. Pchnęłam furtkę, a potem drzwi wejściowe.

– Babciu, mamo! Pomóżcie mi, Demon mnie goni, jest cały szary, mgielny, chciał mi odrąbać głowę siekierą, błagam pomóżcie mi, szybko, zamknij drzwi na klucz. Tak się boję, schowajcie mnie, chce być bezpieczna, proszę, pomóżcie mi ratujcie, bo zginę – tak bardzo się trzęsłam, że wydawało mi się, że za chwilę wyskoczy mi serce i nie złapię oddechu, bo mam za małą pojemność płuc. Ręce mi się pociły, a żołądek kurczył i rozkurczał w jednym momencie. Zaczęłam się dusić i miałam wrażenie, że oczy wypłyną mi z oczodołów,
a wiry w głowie pomieszają zmysły. Nie mogłam poradzić sobie z moim strachem, bałam się śmierci i chciałam, by ktoś mi pomógł.

– Dziecko, co ty wyprawiasz, opanuj się – zdenerwował się ojciec, wychodząc z zadymionego pokoju. – Idź spać, a nie, opowiadasz bzdury.

– Dobrze pójdę, ale proszę, zamknij drzwi na klucz, tak bardzo się boję, że on…

– Jaki on, kto?

– Demon!

– Demon?

– Tak, chciał mnie zabić.

– Chodź! – złapał mnie za rękę i siłą wyprowadził za drzwi – Gdzie ty masz tego swojego Demona, co? – Patrzył w dal i zdawał się nic nie dostrzegać, lecz ja doskonale widziałam mgielno-szarą postać tkwiącą w wąwozie i toporek lecący w naszą stronę.

– Tato! – krzyknęłam z płaczem i pchnęłam go do domu szybko przekręcając klucz w drzwiach.

Siekiera wbiła się w futrynę. Drgnęło.

– Co ci jest, dlaczego się drzesz, o mało, co mnie nie przewróciłaś, aż dom zadrżał, co ty wyprawiasz, idź spać.

Szarpnął mnie, wlekąc do sieni, a sam wszedł do ciężkiego od dymu pokoju. Wytarłam łzy i przekroczyłam wysoki próg kuchni. Powoli wracał mi oddech. Na podłodze leżały grudki biało-czerwonego sera.

– Pościeliłam ci łóżko – powiedziała babcia wychodząc z drugiego pokoju, którego drzwi znajdowały się niedaleko pieca.

– Dziękuję – rzekłam – może rzeczywiście jestem trochę zmęczona.

Przetarłam oczy i weszłam do pokoju. Było w nim ciemno i duszno. Usiadłam na łóżku, żeby ściągnąć buty, coś drapnęło mnie po plecach. Szybko zeskoczyłam i zaświeciłam światło. W łóżku leżało mnóstwo kotów, wstrząsnął mną dreszcz. Pośpiesznie opuściłam izbę, a koty pobiegły w moją stronę. Zamknęłam drzwi przytrzaskując im łapy. Wiedziałam, że płaczem i wzywaniem pomocy nic nie wskóram, że rodzina nawet nie drgnie, przecież byli zbyt zajęci rozmową i duszeniem się dymem.

Kiedy zadzwonił po raz kolejny było po drugiej w nocy, a ja uznałam to za zbyt wielką przesadę. Prosił o dawkę moich jęków i szczyptę miłego głosu. Nie dałam mu niczego. Wtedy wziął się na stary wypróbowany sposób i zaczął żałośnie kwilić, myśląc, że mnie wzruszy, ale nie wiedział, że jad żmii zatruł już całe moje ciało.

Przemyśl 2004

Zapisz


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: