Zielone muzeum

Śnił mi się dom. Nie miał ogrodzenia, toteż po jego przyległym podwórku wznoszącym się ku zachodowi wprost do niebios, po zielonej, gęstej trawie, biegały kozy, kozły i świnie. Wszystko to widziałam z kuchennego okna. Delikatna firanka dzieliła obraz na drobne kwadraty.
– Mamo! – zawołałam odrywając wzrok od zwierząt – Pokrywki się przypaliły!
– To wyłącz je, wyłącz je Basia.
Przykręciłam gaz. W garnku wyparowała prawie cała woda, a na jego dnie tkwiły sczerniałe pokrywki od słoików. Zupełnie nie nadawały się do użytku. Wyciągnęłam jedną z nich, była bardzo gorąca i choć w jednej sekundzie wyrzuciłam ją z poparzonej dłoni, zdążyłam poczuć jej strukturę; była jednocześnie krucha, sztywna jak spalony naleśnik i pokryta grubym, czarnym nalotem. Kuchnię wypełniał smród przypalonego plastiku, aluminium i jakiegoś innego tworzywa. Odlałam wodę do zlewu, a pokrywki wrzuciłam do reklamówki, którą położyłam przy drzwiach obok podobnych pakunków ze śmieciami.
Byłam ciekawa jak wyglądają pozostałe pomieszczenia domu. Owa kuchnia, w której się znajdowałam składała się z trzech pomieszczeń połączonych ze sobą arkadowymi przejściami, tworzącymi na przestrzał równoramienny trójkąt. Na środku drugiego wnętrza znajdował się olbrzymi, wyglądający jak antyk, stół, wykonany z ciemnego dębu. Zresztą mnóstwo rzeczy w wyposażeniu tego tajemniczego domu było jakby pamiątką po pra… Jakieś szkatułki, wazony, komody, a nawet krzesła i lustro, które stanowiło ważną część przestrzeni trzeciego kuchennego pomieszczenia.
W całym domu przeważały ciemne brązy i ochry, co potęgowało wrażenie monumentalności wnętrz. Nawet drewniane i mocno błyszczące schody prowadzące w górę były koloru kremu orzechowego; znajdowały się zaraz przy wejściu. Dziwiła mnie nieco ta stylistyka, gdyż z zewnątrz dom wydawał się projektem nowoczesnej architektury, zwłaszcza patrząc na kształty i zieloną barwę budynku, przez myśl nawet by mi nie przeszło, że w środku zobaczę inną epokę. Wracając jednak do lśniących schodów – prowadziły na
piętro – gdzie znajdowało się kilka pokoi. Niestety, nie obejrzałam wszystkich.
(…)

Mężczyzna podszedł do wyłomu, lecz wydawał się żałować swojej decyzji.
– Dlaczego mnie nie lubisz? – zapytałam czując niechęć z jego strony.
– Lubię cię – odparł nie wiedząc, co ma innego powiedzieć.
– Nie kłam, przecież widzę, nie oszukasz mnie. Gdybyś mnie lubił, to byś ze mną porozmawiał, a ty chcesz jedynie uciec jak najdalej stąd. – Wygarnęłam mu, a on już się nie odezwał, tylko spojrzał na mnie tak jakoś smutno, odwrócił się i odszedł. Widziałam jak zamyka drzwi, widziałam jak inny mężczyzna (dużo niższy od niego i łysy) pomaga mu opuścić to miejsce, a potem sam wychodzi i nie dostrzegam już nikogo.
Wcale nie chciałam opuszczać tego domu, podobał mi się mimo jego licznych dziwactw, w dodatku stawał się mój, a jeszcze nie obejrzałam własnego pokoju, choć to najważniejszy moment w odnalezieniu…
(…)
Zastanawiam się do dziś, czemu służy owe szukanie domu, swojej przystani, dlaczego za każdym razem znajduję zbieżne punkty i dlaczego tym razem było tak odmiennie? Nie potrafię odpowiedzieć, co to wszystko znaczy. Tak samo jak nie wiem, dlaczego klęczałam nad grobem Jamesa Joyca i on mnie wybawił od złego. Wystarczyło tylko, że powiedziałam KONIEC i Zło odeszło. Dotykałam płyty nagrobnej tak długo, aż przyszedł on i zabrał mnie. Był średniego wzrostu, miał czarne włosy i sympatyczną twarz, a jego odzież była zbyt kolorowa, jakaś koszula w paski i flanelowe spodnie. Miał na imię Ulisses. Poszliśmy do hotelu, gdzie przeważnie nocował, jednak pokój był już zajęty.
W łóżku spała znana kobieta o blond kręconych włosach i nie zamierzała się wynieść.
– To nic – powiedział głaszcząc mnie po głowie – Pójdziemy obok.
Ale i tam spał już ktoś. Była to brunetka o włosach prostych jak trzcina.
– To nic – powtórzył – One są tu zawsze, zawsze jak ty i ja, zawsze jak amen w pacierzu.
Położyliśmy się obok, a kobieta cały czas patrzyła na nas.
Staram się przypomnieć, co było dalej, albo lepiej i wcześniej, ale tego nie opowiem, gdyż nawet jak na mnie jest to zbyt skomplikowane, znyt otwarte, by móc zatrzymać tę lawinę doznań i opowiedzieć w sktórcie, skończę więc na grobie, a potem na podróży z Ulissesem po betonowym szlaku i jego barwnej papuziej odzieży, i koszulki w paski lekko rozpiętej, powiewającej na wietrze.
Tak mocno przytulał mnie do siebie, zwłaszcza wtedy, gdy jechały samochody. On mnie prowadził. I chronił. Aż doszliśmy do hotelu, a potem już nic nie było.
Musiałam wyjść i biec przez miasto. Aż nastał wieczór, aż słońce schowało się za dachami, aż na rynku spotkałam grupkę chłopców, a wśród nich wydawało mi się, że jest Marcin i ja go znam, i on zna mnie. Ale on zaprzeczył i zaczął się śmiać. Reszta też śmiała się w głos. I pamiętam ucieczkę. Biegłam tak szybko. Po drodze cztery pajęczyny czekały na mgłę, słońce, promienie UV i kroplę deszczu. Lecz ja nie stałam i nie patrzyłam jak psy wyją. Ja biegłam.
Wtedy właśnie postanowiłam znaleźć dom. Na przystanku dostrzegłam mamę i wstyd się przyznać, ale chciałam zawrócić z drogi, wyrzec się jej, tak samo jak Marcin, nie przyznać się do niej. Bo ja nie chciałam z nią wracać. Chciałam poszukać domu, a nie utrwalać szare życie, które zaczęło przebijać przez powieki snu. Na szczęście uświadomiłam sobie, że wcale nie muszę nic tracić, mogę przecież z Nią pojechać do domu, cały czas będę miała przy sobie gwarancję, że nie zbłądzę, ani, że nie spotka mnie wielkie rozczarowanie i kiedy przejdę przez próg, Ona będzie tam ze mną, będzie mnie strzegła i nie pozwoli, abym się bała rozczarowania, aby lęk przed pustką przysłonił mi chwilę radości, gdy przywitam Ją w oparach domowego ogniska. Ona – Strażniczka bezpieczeństwa, ta Święta Kobieta, nie opuści mnie ani na moment, z Nią pokonam drogę, polną czy nie, razem z Nią sprawię, że trafiłam we właściwe miejsce, bo tylko Mama potrafi sprawić, że czujemy się naprawdę w domu.
– Cześć mamo, jedziesz do domu?
– Tak Basia, wracam z pracy – odpowiedziała, a ja wiedziałam, że nie myśli już tymi samymi kategoriami, lecz popychana siłą mojej perswazji wkraczam w kotłujące się w mojej głowie myśli.- Zaraz powinien nadjechać autobus.
I nadjechał. Jeden pojechał, bo przez chwilę zwątpiłam, przestraszyłam się odpowiedzialności, a drugi – „Siódemka” – zabrał nas.
– To tutaj – powiedziała mama stanowczo, żebym znów nie zwątpiła.
Wysiadłyśmy przy zielonych domach i jeden z nich stał się nasz! Bo tak chciałam, bo mama była ze mną, pomogła mi w wyborze i nie brakło jej wiary.
Kiedy jechałam z mamą autobusem, przypomniał mi się wczorajszy dzień. Wybrałyśmy się do Kazimierza Dolnego. Mama czekała na mnie na przystanku, a ja w ostatniej chwili dobiegłam i kupiłam bilet. W drodze powrotnej wiele krzyku robiła krótko ścięta farbowana blondyna. Wokół niej było tyle zamieszania, że, nieważne zwiedzanie, nieważne miejsce, podróż ani kompletnie nic, tylko ta kobieta. W pewnym momencie wstała i pięknie oznajmiła wszystkim, że jest konduktorką. Mama siedziała z przodu, a ja bliżej tyłu. Farba blond – z bliska wyglądała jak sąsiadka ze Wschodu – podeszła do mnie i zażądała biletu. Przestraszyłam się, gdyż przez to całe zamieszanie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie mam bilet i czy w ogóle go zakupiłam.
– Chwileczkę – prosiłam – z pewnością gdzieś go mam, zaraz znajdę, niech pani nie traci czasu tylko sprawdzi innym, a jak znajdę to wtedy pani przyjdzie, na pewno go mam.
Kobieta uśmiechnęła się tylko i z krzykiem zaczęła sprawdzać kolejne osoby. Teraz już byłam święcie przekonana, że żadnego biletu nie mam. Pamiętam dokładnie, że go kupiłam, ale w jedną stronę, kiedy czekała na mnie mama. Byłam wściekła, że ta irytująca kobieta akurat teraz przypomniała sobie o swojej pracy, a nie wtedy, gdy jechałyśmy do Kazimierza. Mama była zakłopotana, gdy konduktorka wydarła się na nią, że jej bilet nie jest ważny.
– Pani ma bilet w jedną stronę!!!!!!!!! – wrzeszczała.
Oblały mnie poty. Znalazłam swój bilet i ku mojemu zaskoczeniu, był ważny na powrót, a właściwie tylko na powrót.
– Znalazłaś? – usłyszałam nad sobą głos baby.
– Tak – odparłam i podałam jej bilet.
– W porządku – syknęła. Pochyliła się nade mną i zaczęła coś szeptać.
Spojrzałam w dół na swoją zieloną sztruksową kurtkę i starałam się zrozumieć, co robi kobieta. Ona zwyczajnie czytała napisy z moich guzików przy kurtce.
– Wiesz, co to znaczy? – zapytała wskazując na czarną naszywkę.
– Nie – odpowiedziałam.
– NIIIIEEEE? – zirytowała się – Nie wiesz, co znaczy Die grosse Grande Museum?
– To jest wielkie Wielkie Muzeum – szepnęłam przerażona.
– No – przytaknęła i poszła.
Nawet nie wiem czy wlepiła karę mojej mamie.

Przemyśl 2004

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: