DOM (fragment)

ROZDZIAŁ I

NIE MIAŁA SPECJALNIE WIĘKSZYCH…

Nie miała specjalnie większych problemów egzystencjalnych niż jej przyziemna otyłość i zęby koloru sinizny. Nazywali ją Kotlecicą i choć tego nie lubiła, śmiała się, gdy tak wołali za nią, kwiczała ja ten kotlet na długo przed swą metamorfozą, a jej gnijące jedynki prześwitywały przez szpary utworzone między palcami, zasłaniającymi usta.

– Nie lubię tego – oburzyła się, gdy jej tolerancja była u szczytu wytrzymałości. Miała za sobą ciężkie dni, a przepicie alkoholowe dodatkowo osłabiło jej odporność i siłę.

– Nie gniewaj się, każdy tak na ciebie mówi, nigdy ci to nie przeszkadzało – rzekła dziewczyna o dość osobliwym wyrazie twarzy. Przyjaźniła się z Kotlecicą od lat i ani razu nie zaatakowano jej, że jest niesympatyczna. Mówili na nią Księżna Wednesday, albo po prostu Księżna, bo wyglądała jak córka Morticii i Gomeza z rodziny Adamsów, tyle, że jej ciemne oczy nie wyrażały zamiłowania do sadyzmu, lecz tkwiła w nich pewna łagodna infantylność zakrawająca o tępotę. Chodziła zawsze w dziwnych staroświeckich sukniach, które brała nie wiadomo skąd, a jej małe stópki zdobiły równie oryginalne ciżemki. Mówili na nią Księżna, bo nosiła się z wdziękiem i ciągnęła za sobą tabuny podnieconych dzieci. Jej nienaturalnie wielkie oczy zawsze błyszczały i tępo wpatrywały się w rozmówcę, jakby każde słowo było niezwykle fascynujące i zasługujące na uznanie. Księżna nosiła pokaźną czuprynę udrapowaną w frymuśny, samoutrzymujący się kok na głowie, który każdego dnia wędrował w inną stronę, niczym odrębny organizm. Miała niezwykle bladą twarz, która dodatkowo przykuwała uwagę swą mleczną strukturą za sprawą okalających ją hebanowych i lśniących włosów, ozdobionych spinką lub czerwoną kokardką tuż przy koku.

– Nie chciałam cie zranić – powiedziała rozciągle i nieco przez nos – no już, nie gniewaj się – dodała i wydawało się, że nie tyle mowa przynosi jej trudność, co intensywnie myśli, jakim słowem powinna zastąpić niechciany dźwięk kotlecika. Ale Kotlecica nie czekała już, machnęła tylko ręką, odwróciła się ospale i poczłapała przed siebie, zostawiając za sobą skonfundowaną Księżną, która stała tak jeszcze przez dłuższy czas, jakby czekała, aż ktoś przyjdzie i powie jej, co powinna zrobić lub gdzie się udać.

Kotlecica miała zły dzień. W ogóle ostatnio nic nie szło jak powinno. Plener na który się wybrała nie przebiegał zgodnie z planem i choć zanosiło się na całkiem udany wyjazd, niknąca w jamie ustnej czwórka odezwała się na dobre, a alkohol początkowo uśmierzający ból tylko pogorszył sprawę, wpędzając ją w nieprzyjemny stan przygnębienia. Nie pomógł nawet chleb ze śniadania, z którego robiła plombę, rekonstruując zrujnowanego zęba. I jeszcze ten cholerny pseudonim, który na jej nieszczęście przywarł do niej od podstawówki. Szła przed siebie i przypominała sobie Prosiaczka z „Władcy Much”, którego sprzedał Ralf. Przecież tak go prosił, by nikomu nie mówił, nie lubił, gdy tak go nazywano. A autor co? Nie lepszy. Nie dość, że przez wszystkie karty książki nazywał Prosiaczka Prosiaczkiem, to w dodatku nikt nigdy nie usłyszał jego prawdziwego imienia, a przecież musiał się jakoś nazywać, jakkolwiek. Choćby najbardziej idiotyczne imię byłoby lepsze od tego nieszczęsnego Prosiaczka, jednak nikt go nie wymienił, nie starał się go poznać i nawet po tragicznej śmierci wspomniano o nim jako o Prosiaczku. Jak ona nienawidziła ich wszystkich włącznie z Goldingiem! To przez nich nosi się brzemię jakiejś głupiej ksywy, która rośnie razem z człowiekiem pozbawiając go szczęścia i bycia tym, kim wewnętrznie czuje, że jest. Albo wziąć pod uwagę takiego Kopciuszka. Czy ktoś kiedykolwiek usłyszał imię tej biednej dziewczyny? Nie. Wszyscy wokół w jakimkolwiek języku by nie mówić, nazywali ją zgodnie kopciem, popiołem, nie zastanawiając się jak właściwie ona ma na imię. To nie Kasia czy Mariola poślubiła w końcu księcia, tylko Kopciuszek. Kotlecica westchnęła i przypomniało jej się jak kiedyś z przyjaciółmi była na Słowacji u ich wspólnej znajomej Katariny. Biegali po Preszowie, cieszyli się życiem, aż rozanielony Vini nadepnął jakiejś biegnącej w pośpiechu kobiecie na piętę, zdzierając jej buta ze stopy. Roztargniona kobieta nie zatrzymała się tylko stąpała boso po ziemi, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że jej lewy but został gdzieś hen w tyle.

– Hej Kopciuszek! – zawołał Vini.

– Kopciuszek? – zapytała Katarina.

– Kopciuszek! Zgubiła pani pantofelek – śmiał się Vini, aż kobieta raczyła się zatrzymać i wrócić po swoją zgubę. Oburzona wsunęła buta na stopę i oddaliła się od zachodzącej się ze śmiechu grupy.

– Co to jest Kopciuszek? – zapytała ponownie Katarina.

– Nie wiesz? To taka postać z bajki, dziewczyna, co buta zgubiła.

– A, Popiełuszka?

– Popiełuszka, dobre, tak, to popiełuszka.

– Jak byłam u was w Polsce – mówiła Katarina – to w kinach leciała Popiełuszka, jakaś modna ta bajka u was, ale zastanawiałam się dlaczego na plakacie był mężczyzna. A teraz mówicie, że Popiełuszka to Kopciuszek.

– Katarina – zaśmiał się Kotlecica – to nie popiełuszka tylko Popiełuszko. To taki ksiądz, co go zamordowano. I to o nim film był, to niestety nie była bajka.

– Aaa – powiedziała przeciągle Katarina – tak mi właśnie coś nie pasowało.

– Popiełuszko. Jerzy…

…a nie dziewczyna bez imienia. Kotlecica pamiętała bardzo dobrze ten moment, kiedy zwiedzali miasto, jak wystawę oglądali w „Café pod siedmimi oknami”, jak tańczyli na wernisażu i kiedy przedstawiano ją jako Kotlecicę.

Właściwie skąd wzięło się u niej to przezwisko? Przecież też miała jakieś tam imię, a nie – Kotlecica – jak produkt z McDonalda. Co to w ogóle jest? I ten bolący ząb, bolący tak bardzo, że była gotowa wpisać się w kartę pacjenta jako Kotlecica, byle tylko pozbyć się już cierpienia. Oczyma wyobraźni widziała, jak siedzi na fotelu, którego unikała dobre dziesięć lat, jak wypaca z siebie przetrawiony alkohol, jak zbiera się na odwagę, by otworzyć usta, a jej zrujnowane uzębienie wprawia dentystkę w poważne zdziwienie.

Ciężko jej było iść samotnie, szurając rozklekotanymi butami o wysuszoną ziemię, czuła się opuszczona i niekochana, choć wszystko miało być tak pięknie, tak dobrze się zapowiadało, ten wyjazd, plener, imprezy i inne atrakcje. Miała przecież przyjaciół, bawiła się z nimi doskonale. Lecz teraz, idąc sama nie wiedząc dokąd, zdała sobie sprawę ze swej tragicznej samotności i udawanym szczęściu. Zostawiła ich wszystkich, musiała, oni nie byli w stanie zrozumieć jej cierpienia i nie miała na myśli jedynie bólu zęba. Stanęła na rozwidleniu dróg, z których jedna z nich prowadziła do dworku, a druga do miasta – zupełnie innej przestrzeni.

– Szkoda, że nie jest północ – pomyślała, ale zaraz później cofnęła swój żal. Mimo wszystko przeraziła ją myśl, że mógłby wówczas przyjść do niej diabeł i zaproponować jej wszystko czego pragnie w zamian za jej duszę. A ząb bolał niemiłosiernie, tak bardzo, że traciła już rozum.

Pomimo wielu otaczających ją przyjaciół czuła się samotna i to między innymi przyczyniło się do jej mani ocieractwa: czerpała rozkosz z ocierania się o przypadkowych ludzi. Potrącała niby niechcąco przechodniów, żeby ich dotknąć, wtedy jadąc autem zapragnęła się otrzeć się o kierowcę tira i zanim zorientowała się co robi, było już za późno. Miała teraz dużo czasu by o tym rozmyślać, szła sama, opuszczona i nawet nie było o kogo się otrzeć.

Ubrania miała poprzecierane od z dnia na dzień narastającego frotteuryzmu. Przemykała ulicami niby to niechcąco zderzając się z ludźmi, wybierając zaś przedstawicieli płci męskiej, który wedle jej oceny spełniali wszelkie wymogi, by odegrać w tej wymuszonej przypadkowości niezwykły zbieg okoliczności, gdy jej teatralnie zamyślona mina zostanie nagle wyrwana z osłupienia, a ciało z jej marzeń, lekkie i wiotkie, zawiśnie przez jedną magiczna chwilę w gotowym do ratunku objęciu romantycznego księcia. Tylko, że jeszcze żaden z mężczyzn nie chciał zagrać głównej  roli w jej przedstawieniu, wręcz odpychali ją gwałtownie, a w jej uszach pobrzmiewało echo pełne goryczy: „gdzie się pchasz grubasie! Uważaj jak leziesz, staranować mnie chciałaś tym swoim cielskiem? Ślepa jesteś czy co?” I nikt nie podjął wyzwania, by przyjąć na klatę cios jej kilogramów; każdy wyzywał, oburzał się, a ona nie potrafiła przestać. Obijała się więc jak piłeczka o niewzruszone twarze i zimne kołki, a jej marzenie stworzenia romantycznego zajścia nie dość, że nie miały się ziścić, to jeszcze przyczyniły się do jej końca.

Czyhała na swojego rycerza, chciała pomóc szczęściu, ułatwić swojej drugiej połówce poszukiwania – która przecież musiała być gdzieś tam – chciała pomóc mu dostrzec ją, pomóc mu ją złapać, by oboje upadli na ziemię porażeni siłą nagłego uczucia. Biegła więc przewracając niejednokrotnie mężczyzn, ale zamiast długiego zapatrzenia się wzajemnie w oczy, zamiast fajerwerków i muzyki jak w filmach, które namiętnie oglądała, zyskiwała jedynie kolejną porcję bolesnych siniaków i pogróżek.

Już lepiej wychodziło jej ocieranie się w zatłoczonych autobusach, ciasnych uliczkach czy w kolejce w supermarkecie, gdzie ocierała się o ludzi szukając nie tyle zaspokojenia, ile pocieszenia i ciepła z ich nieświadomych uścisków. Bliskość obcych osób dawała jej szczęście, drżała na samą myśl o dotyku, pociła się i dyszała w myślach, gnieżdżąc się w ścisku, lecz jej powycierana odzież nie dodawała jej uroku, sprawiała wręcz, że czuła się brudna i grzeszna, ale przestać nie umiała. To był jej nałóg, jej jedyne źródło rozkoszy.

Ocierała się więc o ludzi, którzy odruchowo odsuwali się od niej, których brzydził jej rubaszny i zrujnowany uśmiech. I kiedy zrozumiała, że musi być bardziej delikatna i niezauważalna w swej nachalności, dyskretna w tym co robi, ryła się na ludzi wołając, że sama padła ofiarą popchnięcia. Nie słyszała wtedy złośliwego pomrukiwania, ani nie widziała zniesmaczonych min. Po prostu chodziła i bezkarnie ocierała się o wszystkich, co stanęli jej na drodze.

Kiedy weszła do dworku, gosposia zerknęła na jej powycierany sztruks, a Kotlecica poczuła, jakby kobieta w mgnieniu oka wyczytała z poprzecieranych nitek jej dewiację. Kotlecica zarumieniła się i objęła dłońmi łokcie, zupełnie jakby poczuła się naga i chciała ukryć swą intymność. Tylko, że gosposia nie nastroszyła się jak wszyscy, nie skarciła jej inności, ani nie nakrzyczała. Ona ciepłym gestem pogłaskała ją po ramieniu i zaprosiła do środka, aż dziewczyna gdzieś w głębi poczuła dawno zapomniane uczucie ciepła, bezpieczeństwa i akceptacji. Weszła wraz ze znajomymi: Kozą, Celiną, Księżną, Cezarym i Gnomkiem. Miał to być niezapomniany wyjazd, obfitujący w genialne dzieła, plener wszech czasów i gdyby nie ten cholerny stan uzębienia, pewnie nic takiego by się nie stało.

Księżna zawróciła wreszcie widząc, że tym razem nikt po nią nie przyjdzie. Nikt nie zawoła. Wróciła więc, ale na podwórzu nie zastała nikogo. Tylko stara dykta służąca za paletę walała się po ścieżce, a rozdarta folia zaczepiwszy się o korbę studni, falowała na wietrze. Wybałuszyła swe i tak wielkie oczy, upodabniając się do zdziwionej sowy. Stanęła przy ścieżce, kierując stopy dużymi palcami do środka, co sprawiało, że jej postawa nabrała jeszcze większej bezradności. Dłonie wsadziła do kieszeni fartuszka, a jej kok beznamiętnie przewędrował bliżej czoła. Nie wiedziała, że po raz ostatni widzi koleżankę. Westchnęła. Ech…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: