NIE ŚPIJ (fragmenty)

(…)Tamtej nocy śniły mi się strzępy dziadka.

Od razu nie usłyszałam dzwonka. Zwykle budziły mnie pierwsze delikatne dźwięki ustawionej w komórce piosenki, ale tym razem ocknęłam się dopiero przy słowach: „Wake up young man, it’s time to wake up, Your love affair has got to go” i wtedy podniosłam się raptownie, strącając telefon ze stołka. Zsunęłam się z łóżka i namacałam go na podłodze. Była szósta dziesięć. Włączyłam  dziesięciominutową drzemkę. Mad season umilkł. Layne Staley zamknął się. Nie budził mnie już. Czułam się strasznie zmęczona. Sen męczył mnie przez całą noc wywołując w mojej głowie mętlik, a ja nie potrafiłam się zbudzić, by go przerwać. Widziałam absurdalne sceny, które nic a nic nie miały pokrycia w rzeczywistości, nawet nie starałam się ich zapamiętać, by zrelacjonować je Janowi, po prostu chciałam spać i nic poza tym. Zamknęłam oczy, ale nie mogłam zasnąć, ciągle wydawało mi się, że znów usłyszę głos Stanleya jak wrzeszczy na mnie: Wake up, Wake up! Ale on czekał i znęcał się nade mną, nie śpiewając. Równie dobrze mogłam wstać i wyłączyć drzemkę, ale nie miałam siły. Przez oczy przeleciał mi krótki sen. Usłyszałam delikatne dźwięki, które momentalnie wyrwały mnie z letargu.

Wake up young man, it’s time to wake up Your love affair has got to go”.

Namacałam telefon i wyłączyłam go na dobre. Spojrzałam na Jana. Przeturlał się na drugi bok i spał nadal. Ostrożnie przekroczyłam go na łóżku i dotknęłam bosą stopą podłogi. Zawsze wstawałam lewą nogą; każdego dnia zaprzeczałam ogólnie przyjętym normom i wstawałam lewą nogą, bo tak było mi wygodnie. Uważałam, by nie zbudzić męża. On wstawał razem z Alankiem godzinę później, nie chciałam przerywać im snu. (…) W telefonie ustawiłam sobie cyklicznie trzy dni na budzenie, i choć ktoś radził mi, by za nic na świecie nie wybierać jako dzwonek porannego alarmu ulubionego utworu, bo prędzej czy później się go znienawidzi, ja i tym razem zignorowałam wszelkie przestrogi. Przekroczyłam zatem śpiącego męża i poszłam do łazienki. Mężczyźni chwalą się swym przyrodzeniem i umiejętnością oddawania moczu na stojąco, ale ja ceniłam sobie poranną drzemkę podczas sikania. Dochodziłam wówczas do formy i godziłam się na tak wczesną porę.

Początkowo śniadania nie jadłam w domu, bo mój żołądek nie zdołał się obudzić, ale pewnego dnia zaraz na początku semestru, gdy opowiadałam studentom o tym, że technika czerwono figurowa dawała większe możliwości wyrazu niż w przypadku malarstwa czarno figurowego odezwał się w moim brzuchu tak wielki bulgot, że nie wiedziałam czy przeprosić słuchaczy czy kontynuować jakby nigdy nic. W jednym momencie straciłam wątek, zastanawiając się czy słowo waza nie skojarzyło mi się z jedzeniem. W mojej wyobraźni pojawił się obraz animowanego Obeliksa, który zajadał się podczas szóstego zadania potrawami belgijskiego kucharza. Obgryzał mięso wielbłąda, indyki, ryby i chrupał dziwne podłużne paski, które kucharz nazwał chipsami i ułożył na tacy wraz z prosiakiem. Paski, które przez długie lata męczyły mnie wspomnieniem smaku, jakiego nie mogłam sobie przypomnieć, aż pewnego dnia, gdy Alan nie chciał połknąć tranu, pokazałam mu jakie to proste i wówczas odkryłam, że te wymyślne dodatki kucharza tytanów przypominały mi smak tranu z dzieciństwa. Studenci wpatrywali się we mnie bezgłośnie, a ja ocierałam język o podniebienie. „Ostatni raz nie zjadałam śniadania w domu” – pomyślałam i zarządziłam chwilę przerwy.

Mieliśmy styczeń, a ja nie pozwoliłam już sobie na wpadki sprzed trzech miesięcy. Nastawiłam wodę na herbatę i poszłam się uczesać. Moje długie włosy wymagały dłuższej pielęgnacji. Rozczesałam je pospiesznie, rozdzieliłam po pół i zaplotłam dwa francuzy, które tuż przy karku połączyłam w jeden gruby warkocz. Zawsze mnie rozbawiało, gdy starsze kobiety zaczepiały mnie na ulicy, obrzucając bukietem komplementów na temat moich włosów. Początkowo czułam się onieśmielona i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z czasem przywykłam, dziękowałam i oddalałam się czym prędzej. Najgorsza sytuacja spotkała mnie latem, gdy Alan miał pięć lat i poszliśmy na lody. Było gorąco, więc usiedliśmy w cieniu na ławce. Nie minęło wiele czasu jak zjawiło się stadko babć i przystanęło tuż przed naszymi nogami. Zerkałam do Alana porozumiewawczo czy zna te kobiety, czy zapomniał im się ukłonić lub cokolwiek z tych rzeczy, nawet zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie są to moje leciwe studentki z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, ale one szybko rozwiały moje kłębiące się w głowie myśli i wraz zaczęły trajkotać jaki to mam cudowny warkocz, że takie włosy to dziś rzadkość i otoczywszy mnie w kółku, zaczęły podziwiać mnie z wszystkich stron. W pewnym momencie wydawało mi się, że chwyciły się za ręce i tańczyły w podskokach, czcząc mnie jako boginię wiosny.

Nie zdążyłam do końca zapleść warkocza, kiedy czajnik zaczął gwizdać. Przytrzymałam włosy jedną ręką i pobiegłam do kuchni wyłączając gaz. Do wcześniej przygotowanej filiżanki z  herbatą nalałam wody i odstawiając czajnik na kuchenkę wyjęłam torebeczkę, która zachlapała podłogę. Herbata była mocna. Zbyt mocna jak na mój gust. Według mnie trzeba było torebkę zalać wodą i natychmiast ją wyciągnąć, by nie wydobyło się zbyt dużo esencji, Jan dobrze o tym wiedział i zawsze przestrzegał moich herbacianych upodobań. Poczułam zirytowanie zachlapaną podłogą i mocną herbatą, ale nie odlałam do zlewu jej części, by resztę dopełnić wodą, lecz wróciłam do przedpokoju, by dokończyć fryzurę. Nałożyłam frotkę na końcówkę warkocza i zajrzałam do pokoju Alana. Spał rozwalony na pół łóżka, a jego policzki były słodko zaróżowione. Podeszłam do niego i otuliłam go kołdrą. Był bardzo podobny do ojca, mieli identyczne czoło, oczy nos i usta. Jedynie uszy miał po mnie. Takie zrośnięte po bokach i zaostrzone na końcach.

Herbata nie była taka zła. Dodałam cytrynę i dało się wypić. Kanapkę zjadłam w pośpiechu, a resztę spakowałam sobie do torby. Na zewnątrz świtało, gdy wyszłam z klatki. Zastanawiałam się czy w autobusie będzie na tyle jasno, bym mogła czytać. Nie lubiłam tracić czasu na dojazdy, gdy było zbyt ciemno lub brakowało siedzących miejsc. Czułam się wówczas poirytowana i docierałam do pracy w poczuciu utraty cennych minut na zgłębianie wiedzy. Ale nim podjechał autobus zrobiło się w miarę jasno, a kilka wolnych foteli dało mi do wyboru najbardziej dogodne miejsce. Wyciągnęłam książkę i pogrążyłam się w lekturze. Od trzech dni zaczytywałam się w biografii Warhola pióra Victora Backrisa. Książka pochłaniała mnie w zupełności i szukałam każdej wolnej chwili, by wykorzystać ją do przeczytania choćby kolejnej kartki. Przeczytałam jednak zaledwie czternaście stron, a już dojechaliśmy na miejsce. W pośpiechu schowałam książkę do torby, co sprawiło mi niemałe trudności ze względu na jej gabaryty, a dodatkowa okładka zagięła się w ostatniej chwili i uległa uszkodzeniu. Na szczęście była to moja własność – prezent na trzydzieste piąte urodziny od Janka – więc nie musiałam nikogo przepraszać za uszkodzenie. Postanowiłam później podkleić ją taśmą. Jakaś dziewczyna przepuściła mnie, umożliwiając mi wyjście z siedzenia, ale skinęłam głową w podzięce, żeby poszła, że muszę jeszcze schować książkę. Minęła mnie z uśmiechem i poszła dalej. Nałożyłam rękawiczki i wyszłam z autobusu, żegnając się z kierowcą.

Wróżono, że tego roku zimy nie będzie.

Do pracy szłam głównym deptakiem, który w ostatnich latach prezentował się całkiem dobrze, ten, na którym postawili pomnik Nalepy. Stare kamieniczki stały szeregiem oddając mi honory, podczas gdy ja kroczyłam samych środkiem, mijając te same twarze w tych samych miejscach. Najbardziej lubiłam lewą stronę. Fasadę drugiego budynku zdobiły dwa szeregi kolorowych talerzy, na dole dwadzieścia trzy, na górze nieco mniej z powodu okienek, przy których przesiadywały gołębie. Pół roku później kamienica została odmalowana, a talerze – ku mojemu zasmuceniu – nieodwracalnie przepadły. Wszystko się zmieniło, uległo rozproszeniu. W siódmej z kolei z kamienic, na piętrze w narożnym oknie stała trzydziestocentymetrowa marionetka mężczyzny ubranego we frak i kapelusz z wysokim cylindrem, jadącego na bicyklu. Wyglądał jak pan z czołówki „W starym kinie”, a ja zawsze zerkałam czy nadal tam tkwi. Był taki niewzruszony i wyprostowany jak struna. Tkwił tam każdego dnia, a ja wypatrywałam go z daleka jak miłą memu sercu osobę i uśmiechałam się, gdy byłam w stanie go dostrzec, pozdrowić na dzień dobry.

Parę kroków dalej, z głośników przy kościele, dobiegał głos księdza wygłaszającego kazanie. Wielka wstęga z napisem „Niech Twój szkaplerz nas strzeże i umacnia lud w wierze” zdobiła późnobarokową fasadę siedemnastowiecznego budynku o bogato profilowanym gzymsie, otulonego konwentem pijarskim: I Liceum Ogólnokształcącym i Muzeum Okręgowym wzdłuż jednej linii.

(…)

Z kościoła wyszła chmara ludzi i nie zwracając uwagi na moją dezorientację potrącała mnie między sobą, aż dostałam nieustającej migreny, która długo nie miała ustąpić.

– Alan wsiadaj, mamy niecałą godzinę, a ty się guzdrasz – zniecierpliwił się Jan. – Marlena pomóż mu się ubrać, co on wyprawia, przecież zamkną nam zaraz bibliotekę i na darmo ta cała wyprawa.

-Alan, ubierz ten kombinezon – powiedziałam.

-Ale on jest za mały, mamo! – pisnął Alan próbując się wcisnąć w mały zielony kombinezon dla siedmioletniego dziecka.

– Za mały? Jak to za mały? Przecież kupiłam ci go niedawno.

-Mamo, nosiłem go parę lat temu, a ty mi go każesz ubrać, przecież nie jestem już małym chłopcem, mam 10 lat, jestem prawie dorosły.

– Ach tak! – zaśmiał się Jan.

– Pokaż, daj mi ten kombinezon – odparłam i ściągnęłam z jego nóg zimowe odzienie, które sprawiało tyle kłopotów. Spojrzałam na metkę, na której widniał ledwie widoczny napis Alan K. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w rzeczywistości kombinezon jest zbyt mały.

-Mały? – zerknął Jan.

– Tak – szepnęłam spłoszona – Nie rozumiem dlaczego ci go dałam synu, przecież on rzeczywiście już dawno nie nadaje się na ciebie, to zdecydowanie nie twój rozmiar – dodałam i cisnęłam kombinezon na wieszak. – Zaraz, to co ja właściwie ci ubiorę, skoro to jest małe?

– Mamo, kurtkę ubiorę, tę nową co kupiłaś mi zanim spadł śnieg, nie pamiętasz? – zdziwił się Alan.

– Tak, oczywiście, pamiętam – odburknęłam ledwo słyszalnie, starając przypomnieć sobie owe zakupy. Mogłabym przysiąc, że faktycznie kupowałam Alanowi strój na zimę, ale był to właśnie ten zielony kombinezon, pamiętam, że był drogi, ale mimo wszystko go kupiłam, a potem w domu podpisałam metkę, ponieważ było na niej specjalne do tego miejsce. Zupełnie jednak nie wiedziałam, jaką kurtkę mu kupiłam, nie pamiętałam nawet jakiego jest koloru.

– Dobrze się czujesz? – zaniepokoił się Jan.

– Tak, wiesz, chyba jestem trochę przemęczona, miałam dziś ciężki dzień, myślę o pytaniach na egzamin…

– Marlena spokojnie, to studenci powinni się martwić a nie ty.

– Tak wiem, ale… – powiedziałam, właściwie nie wiedząc co chcę wyrazić. Wydawało mi się to wszystko jakieś mocno pokręcone.

Alan ubrał pikowaną kurtkę koloru błękitnego, a ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że rzeczywiście ją znam, że to jest przecież kurtka mojego syna i nie wiem jakim cudem mogłam o niej zapomnieć. Jan wyszedł pierwszy, a ja z Alanem guzdraliśmy się jak zwykle. W końcu udało nam się wyjść. Na zewnątrz było ciemno i zimno. Śnieg skrzypiał pod butami.

– Popatrz jak ptaszki wydeptały ścieżkę na placu zabaw. – powiedziałam.

– Co? – zapytał Alan.

– Mówię o ścieżce, którą wydeptały ptaszki.

– Co? – zapytał znów.

– Alan, na placu zabaw jest ścieżka. Ptaki ją wydeptały.

– Nie rozumiem – odparł.

– A nie ważne, chodzi mi o ślady, Alan, nie ważne – zirytowałam się.

– Aha, ślady – odparł, patrząc zupełnie w inną stronę, zapewne nadal nie wiedział o czym mówię, ale nie chciało mi się tłumaczyć.

Jan zdążył już wyjechać autem. Gdy podeszliśmy do niego, właśnie zamykał drzwi od garażu. Otworzyłam Alankowi tylne drzwi, a sama wsiadłam z przodu.

– Zapięci? – zapytał Jan.

– Jeszcze nie. – odparł Alan siłując się z pasem.

– Nie zapiąłeś się? – zdziwił się Jan.

-Nie – rzucił zniechęcony syn.

– Co się z tobą dzieje Alan, tyle się zapinasz i nagle nie możesz, przestań chłopie, zapnij się i jedziemy.

– Ja ci nie pomogę, bo jestem tak grubo ubrana, że nawet się nie obrócę – stwierdziłam.

– Nie mogę – zdenerwował się chłopczyk.

– Jak nie możesz, oj Alan, daj ten pas – rzekł Janek i wygiął się w tył, ciągnąc za pas Alana. Usłyszałam ciche klik i po chwili Jan ruszył w drogę.

– Do której jest otwarte? – zapytał Jan.

– Do osiemnastej… chyba. – oznajmiłam.

– Do osiemnastej – powtórzył jak echo. – Zdążymy.

Jan przejechał przez miasto i zaparkował tyłem pod samą biblioteką. Naprzeciw nas znajdował się owiany złą sławą poprawczak o wzniośle brzmiącej nazwie „Schronisko dla młodzieży”, lecz w rzeczywistości był to barak, który gromadził nieletnie bydło ze wszystkich zakątków polski. Za byle drobnostkę gotowi cię zabić. Zza krat słychać było dzikie wrzaski.

– Słyszałem, że mają go zlikwidować – powiedział Jan, przekręcając kluczyk w stacyjce.

– Jak to? Poprawczak? – zapytałam.

– Tak.

– Ale dlaczego?

– Nie wiem, pewnie chodzi o pieniądze, już nie pamiętam, czytałem o tym w  Internecie, pełno jest o tym informacji.

Zamyśliłam się. Chłopcy wysiedli z auta wołając mnie.

– Nie idziesz?

– Idę, idę – wygramoliłam się z samochodu, zatrzaskując drzwi.

A wiec likwidują poprawczak. Wszystko przemija, wszystko się zmienia. Pamiętam, jak byliśmy mali i żeby kogoś obrazić mówiło mu się, że będzie chodził do szkoły numer pięć, a ten numer nosiło właśnie schronisko. Słyszałam wiele historii o dzieciakach z tego miejsca, bałam się ich, ogólnie mówiąc, bałam się ludzi z miasteczka, nie tylko tych siedzących za kratami.

– Do osiemnastej – przeczytałam wywieszkę na drzwiach, gdy wchodziliśmy do środka.

– Dzień dobry – powiedziałam – tu mam kartę i pójdę sobie coś wybrać. Alan – zwróciłam się do syna – potrzymaj mi torebkę i poczekaj z tatą na mnie, dobrze?

Ale Alan nie posłuchał tylko uciekł między regały. Zdumiało mnie jego zachowanie, ale nie zareagowałam, tylko położyłam torebkę na posadzce i biorąc koszyk, weszłam między regały.

– Rushdie, Rushdie – szeptałam sama do siebie – jest. Schyliłam się i wyjęłam z półki dwie książki.

– Mamusia – zawołał Alan.

– Alan, co ty robisz, zachowuj się grzecznie – uspokajałam go, ale on biegał rozbawiony ścieżkami, gubiąc się jak mały bobas w labiryncie.

– Alanek, chodź tu do mnie – powiedziałam, ale on się nie odezwał. Spojrzałam na bibliotekarkę, na szczęście wklepywała coś w komputerze i zdawała się nie zwracać na nas uwagi. Kiedy wsadzałam książki do koszyka, Alan wyskoczył na mnie roześmiany i zaczął krzyczeć na cały głos.

– Mama, tam jest fotel, tam jest fotel.

Odwróciłam się i spojrzałam w głąb korytarzyku utworzonego między półkami. Na jego końcu stał fotel, na który w mgnieniu oka wskoczył Alan.

– Alan, jak ty się zachowujesz.

– Mamusia tu jest fotel – kwiczał jak rozbawiony bobas, a siedząc tam w oddali zdawał się wtapiać w kurtkę.

– Mama, mama – wołał.

Jeszcze raz spojrzałam na bibliotekarkę. Zerkała na mnie z powagą zza okularów, zrobiło mi się wstyd.

– Mama, mama, tu jest fotel – wrzeszczał Alan.

Ktoś wszedł do biblioteki, zapytał o jakąś pozycję, a wówczas kobieta wstała zza biurka ukazując swój niesamowicie niski wzrost. Wyglądała jak karlica, lecz jej wszelakie części ciała były proporcjonalne co do wielkości. Przeszła obok mnie, rzucając mi ostre spojrzenie.

Postawiłam koszyk na ziemi i ruszyłam po Alana. Byłam na niego taka zła, ponadto nie wiedziałam, gdzie poszedł Jan, gdzie oni się pochowali. Weszłam w głąb korytarzyku, na którego końcu stał fotel, nie było na nim jednak mojego syna. Przestało mi się to podobać, słyszałam przytłumiony głos bibliotekarki, która tłumaczy coś mężczyźnie.

– Alan? – odezwałam się cicho. – Alan, gdzie jesteś? Jan, gdzie się podzialiście, to nie jest śmieszne.

Skręciłam w prawo, wchodząc pomiędzy kolejny rząd regałów, ale i tak ich nie znalazłam. Biblioteka zdawała się potężnieć, z każdym moim krokiem rozrastała się o kolejny rząd półek, a ja czułam jak oblewa mnie pot. Szłam coraz szybciej i brakowało mi tchu. Ściągnęłam więc czapkę i rozpięłam kurtkę, byłam zbyt grubo ubrana, w pewnym momencie nie wiedziałam gdzie idę, zgubiłam się w tych zakamarkach i uliczkach, słyszałam jedynie głos bibliotekarki, a potem ciche ujadanie psa.

– Mamusiu – usłyszałam w końcu głos Alana – Mamusiu tu jest fotel – powiedział bardzo cichutko. Odwróciłam się i zaczęłam biec, korytarz zdawał się wydłużać, ale czułam, że zbliżam się, ponieważ jego głosik stawał się coraz głośniejszy.

– Mamusiu tu jest fotel – usłyszałam go bardzo głośnio, zakręciłam więc w następną uliczkę i zobaczyłam go jak siedzi wciśnięty w fotel, otulony olbrzymią niebieska kurtką.

– Mamusiu – powiedział.

Stałam niecałe dwa metry od niego i patrzyłam jak tonie w swojej kurtce, której nie mogłam sobie przypomnieć. Patrzyłam, a on zagłębiał się w niej coraz mocniej, szepcząc mamusiu, mamusiu i wyciągał rączkę do mnie.

– Alan – krzyknęłam, usiłując go złapać, kiedy on nikł na moich oczach – Alan daj mi rękę, dziecko!

– Mamusiu – szepnął zatopiony kurtką i zdawał się oddalać wraz z fotelem. Nie mogłam do niego dosięgnąć, książki z półek zaczęły spadać, a ja nie mogłam dostać się do synka. Byłam przerażona, nie wiedziałam co robić, a kiedy już wyswobodziłam się ze sterty książek, na fotelu tkwiła jedynie pikowana kurtka.

– Alan – krzyknęłam.

– Marlenka – obok mnie stanął mąż.

– Jan, gdzie ty byłeś? – zapytałam zaskoczona i zupełnie zbita z tropu.

– Jak to gdzie byłem – przeglądałem książki, stałem tutaj, dobrze się czujesz? – dopytywał się. – Co się stało? Nic ci nie jest?

– Tak, to znaczy nie, nie, tak, to znaczy już tak, chodźmy już, gdzie jest Alan? On… gdzie on jest?

– Stoi przy wejściu – weź kurtkę i daj mu ją, ja popodnoszę te książki.

– Ale proszę się pospieszyć z wybieraniem książek, bo jest już po osiemnastej – nagliła bibliotekarka.

– Ach tak, przepraszam – odrzekłam rozdygotana. Wzięłam kurtkę i wróciłam korytarzykiem, gdzie zostawiłam koszyk.

– Bardzo panią przepraszam, ja jak wejdą do biblioteki, to… mogłabym przeglądać te książki na okrągło – powiedziałam od rzeczy.

Kobieta uśmiechnęła się sztucznie i wyjęła książki z koszyka, potem podstawiła je pod czytnik i oddała mi kartę wraz z książkami.

– Dziękuję – powiedziałam, po czym spojrzałam na drzwi. Stał przy nich Alan i oglądał książki odłożone na wyprzedaż. Był cały spocony.

– Idziemy już? – zawołał.

– Tak – podeszłam do niego wręczając mu kurtkę. Ku mojemu zdziwieniu była na niego zdecydowanie za duża.

– Alan – powiedział Janek, gdy zeszliśmy ze schodów – nie podoba mi się twoje zachowanie – skomentował.

– Mi też, to jest biblioteka, nie można tak wrzeszczeć, jak ty się zachowujesz, co to było?

– Mamo, ale ja…

– Alan, jak wychodzimy to trzeba mówić dzień dobry, a jak się wychodzi to do widzenia – skarcił go Jan, zupełnie nie zwracając uwagi na moje słowa. Janowi po prostu przeszkadzało, że mały się nie pożegnał.

Kiedy wsiadaliśmy do auta, ktoś w schronisku zawył jak opętany.

Do domu wróciliśmy przed ósmą, zrobiłam kolację i poszłam się umyć. Na mydelniczce leżały trzy skrawki połamanego mydła. Było brudne od farbek Alana i zeschnięte, ale nie chciało mi się iść do nowe do kuchni, gdzie trzymaliśmy spory zapas. Opłukałam więc skrawki i umyłam ręce. Spodnie i skarpetki Alana rzucone były na pralkę. Zawsze tak robił wieczorem, choć tyle razy go prosiłam, by wrzucał brudne ciuchy do pojemnika na brudy, dlatego że później nie wiem, co wsadzić do prania, a co nie. Zawsze robił to samo, a ja posłusznie przeglądałam jego rzeczy i albo zanosiłam mu do pokoju, albo wkładałam do prania. Podniosłam jego zwinięte spodnie. Z przodu były całe poszarpane i zabłocone, zupełnie jakby zaatakował go jakich dziki zwierz.

– Alan – wyszłam z łazienki – co ty zrobiłeś z tymi spodniami?

Ale syn nie odpowiadał. W jego pokoju świeciła się tylko boczna lampka, rzucając delikatne światło na kąt łóżka, w którym spał.

– Alanek – szepnęłam – śpisz już?

–  Mamusiu – powiedział – chce mi się spać.

– Alan, ale co się stało? Co ty zrobiłaś z tymi spodniami, są całe przemoczone jakimś błotem i podarte.

–  Pies mnie zaatakował.

–  Co? Kiedy? Jak to się stało?

–  Parę dni temu, skoczył na mnie jakiś wilczur. Jeździłem na łyżwach, a on wskoczył na mnie, mamusiu on miał takie straszne błyszczące oczy i klapnięte ucho na bok. Myślałem, że jest przyjazny, ale to nic mamusiu, to nic, ja jechałem wprost na niego i nie umiałem zahamować, lód był naprawdę śliski, myślałem, że to dobry pies, trochę mu dokuczaliśmy, bawiliśmy się z chłopakami, wiesz z Marcinem i Kamilem, a on stał tak i patrzył się na mnie tymi swoimi śmiesznymi oczami, i wołaliśmy na niego, bo miał klapnięte ucho, wiem, że nie wolno, ale to było takie zabawne, a on się przyglądał no i stało się. Mamusiu wybacz mi, że cię nie posłuchałem i poszedłem na łyżwy, na staw, a pies mnie obserwował, patrzył i błyszczał. Pobrudziłem spodnie i kurtkę też. Mamusiu…- zawahał się.

–  Słucham.

– Śpij dziś ze mną, jest mi zimno.

– Dobrze, dobrze synku – powiedziałam, nie pytając o nic więcej i wsunęłam się pod kołdrę. – Połóż się, a mamusia jeszcze chwile poczyta, dobrze? Odwróć główkę, by nie raziło cię światło.

Przepadałam za błogimi momentami nocnych pór, gdy leżałam już wygodnie w łóżku i czytałam kolejną książkę, która zabierała mnie w inny świat, ale dopiero wówczas, przy Alanie, dotarło do mojej świadomości, co właściwie sprawiło, że poczułam dziwny, lecz niezwykły spokój i fale dźwięków, przybywające niejako z innej sfery. Zatrzymałam się w połowie strony, zupełnie jakbym włączyła pauzę na pilocie od telewizora, a oglądany właśnie film uwiecznił kadr. W jednym momencie akcja, w której ślepy pies stara się złapać kota, zamiera w bezruchu, a dźwięki dochodzące ze wszystkich stron, docierają pełną para do moich uszu. Wsłuchuję się w nie: nade mną słychać głosy, być może program publicystyczny nadawany późną porą, bądź radio. Modlą się, lecz nie ma muzyki. To leci program, dysputa jakaś, a ja pauzuję historię z książki i słucham tych przytłumionych dźwięków blokowiska. Słucham ich dzień w dzień przez tyle lat samotności, słucham i przecieram zmęczone oczy, wysilając wzrok, by nie odmawiał mi posłuszeństwa.

Zza mojej głowy wyraźniejszy dźwięk – szum pracy laptopa i delikatne, lecz szybkie kliknięcia, gdy Jan stuka palcami w klawiaturę. Błogie te chwile. Pełne spokoju, jak cisza przed burzą. Nasilają się i odchodzą, mącą mą pamięć, szemrają, a potem cichną, pozostawiając mnie samą w pustce. W przeoczeniu. Wadą wielu ludzi jest nie skupianie się na tym, co ich otacza lub przywiązywanie zbyt  mało wagi do spraw z pozoru błahych, które jednak przy bliższym zastanowieniu stanowią esencję życia. W małych rzeczach dostrzec wielkość. Taki na przykład codzienny spacer do pracy. Deptamy ten sam chodnik, stąpamy po dobrze znanej nam ścieżce zbyt automatycznie, bezrefleksyjnie, ignorując wszystko co wydarza się tuż obok i dopiero jakieś odstępstwo od reguły sprawia, że odzyskujemy świadomość swoich kroków.

Jako mała dziewczynka zbytnio przejmowałam się każdą chwilą, zupełnie jakbym obawiała się przegapić coś ważnego, co mogłabym przez nieuwagę przeoczyć. Idąc zatem drogą, obserwowałam wszystko, skrupulatnie notując w umyśle zastane obrazy, kodując dźwięki, zapachy i odczucia – i co więcej, śledząc moje zachowanie, myślę, że nigdy z tego nie wyrosłam – będąc dzieckiem, liczyłam cienie rzucane przez drzewa na chodnik, przeskakiwałam je, uważając jednocześnie, by cień samochodu, niczym sznur, nie zahaczył o moje nogi i nie popłatał mi ich. A kiedy byłam już zbyt zmęczona walką z cieniami, przyciskałam guziki przy moim płaszczyku wyobrażając sobie, że właśnie włączyłam robota, który za mnie pilnuje, by żaden cień nie powalił mnie na ziemie.

Zbyt wielu ludzi ma włączone roboty, co by się stało, gdyby kliknęli na guzik – pstryk – i otworzyli oczy, zobaczyli rzeczy wcześniej nie spotkane, policzyli okna, dotknęli drogi i innych ludzi wszystkimi zmysłami, dostrzeli promień słońca o poranku przedzierający się przez konary drzew na plantach, papier wirujący na chodniku, chłopaka, który dziś zgolił brodę i spojrzał na ciebie pospiesznie. Dzwon przy kościele zabił. Wysychająca kałuża. Zapach bagietki z piekarni. Młodzież zmierzająca do szkoły, ich zbuntowane buty, fryzury na sztorc. Zgubiona rękawiczka. Płaszcz tańczący walca. Opróżniona kieszeń. Cyklista na oknie i plecy dziewczyny, za którą trzeba podążyć i choćby sił nie starczało, trzeba biec za nią, rzucić się w pogoń, bo ona wie skąd te osy, skąd pająki i siwizna na długich, mocnych włosach…

Przepłynęłam basen wzdłuż i w szerz. Kilka osób grało w loterii. Moja liczba 63 nic nie znaczyła, aż trzeciego dnia usłyszałam w radio, że los mój wygrał. Chciałam popływać jeszcze trochę i choć nie miałam stanika, wyskakiwałam z wody, ściskając swoje sterczące od zimna sutki, by osłonić je przed oczami gapiów. Wyskakiwałam, a potem znów zanurzałam się w wodzie, która płynęła wzdłuż jezdni, tuż obok naszego bloku i zadziwiała mnie prędkość z jaką pokonuję odległości. Przepłynęłam ostatni raz i wyszłam z wody, dreptając mokrymi stopami po chodniku. W domu sprawdziłam numer kuponu. 63 widniało na wymiętym świstku. Odetchnęłam z ulgą, że nic mi się nie pomieszało i zaczęłam czytać, jakie nagrody mogę odebrać w siedzibie radia. Były to głównie książki, podręczniki dla Alana i gry planszowe…

W środku  nocy zbudził mnie potworny kac. Wstałam i poszłam do kuchni po wodę. Była cholernie zimna, a ja łapczywie pociągnęłam duży łyk. Zabolały mnie zęby, myślałam przez chwilę, że pękną mi szkliwa, albo oszaleję, tak nieprzyjemnie było to doświadczenie, dlatego, gdy odzyskałam równowagę w ustach, już drobnymi łykami wypiłam naraz prawie pół butelki. Zimny płyn pobudził mi pęcherz. Poszłam do łazienki. Na kaloryferze wisiały spodnie Alana. Zabłocone. Podobnie jak wówczas, gdy miał siedem lat i niechętnie bawił się z kolegami, bo mu dokuczali, ale ja go przekonałam, by mimo wszystko, od czasu do czasu pobawił się z nimi, choć finalnie zawsze kończyło się jego płaczem. Wstałam z sedesu i zaciągając spodnie od piżamy, spuściłam wodę. W mydelniczce leżały dwa świeże mydła. Jedno z nich było błękitne, a drogie kremowe. Uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl, że Jan zadbał o przyniesienie świeżego mydła. Popatrzyłam na nie, powąchałam i wybrałam błękitne. Było duże, obłe i pięknie się pieniło.

Jednak rano okazało się, że w mydelniczce nadal tkwią brudne skrawki zielonego starego mydła. Zaczęłam rozglądać się po podłodze i wannie czy przypadkiem nie strąciłam nowych, ale nigdzie ich nie było. Nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób mogłam zakodować, że Jan przyniósł nowe mydła. Poszłam zatem do kuchni i otworzyłam szufladę kredensu. Leżały w niej upchane opakowania z mydłami i wszystkie miały kolor kremowy. Nie mieliśmy już błękitnych mydeł. Wyjęłam jedno i zaniosłam do łazienki, nadal nie rozumiejąc swojego roztrzepania, dałabym sobie głowę uciąć, że w nocy myłam dłonie błękitną i obłą kostką.

(…)

Nic nie dzieje się bez znaczenia. Wszystko co robimy ma swój wydźwięk w przyszłości i prędzej czy później przypomni nam o sobie.

Przyśnił mi się sen, a był on wypełniony po brzegi lękami i przerażającą chęcią uniknięcia nieuniknionego.

(…)

Od ciągłego zaciskania szczęki bolały mnie zęby. Wstałam i przekroczywszy śpiącego Jana, po ciemku doczłapałam do łazienki. Zaświeciłam światło, tonąc w jego ostrej barwie, która dopiero po kilku sekundach pozwoliła mi dostrzec w lustrze moje odbicie. Przejechałam językiem po zębach, a wyczuwszy ostry zadzior na dolnej siódemce po prawej stronie, wsadziłam do buzi palce, które ku mojemu zdziwieniu i niemałej konsternacji pociągnęły za sobą trzy zęby mocno trzymające się kawałka dziąsła.

–  Jasna cholera, to niemożliwe – pomyślałam, gmerając językiem w potężnym lejku powstałym na skutek utraty kawałka szczęki. – To nie dzieje się naprawdę, spokojnie – próbowałam myśleć realnie, po czym na powrót wsadziłam palce do ust i przeciągnęłam nimi po górnej szczęce zabierając z lewej strony pokaźny fragment uzębienia. Nawet nie leciała mi krew. Po prostu stałam i patrzyłam jak w zlewie leżą fragmenty mojego dziąsła i z osiem zębów, mocno trzymających się swoich oderwanych fragmentów.

–  To nie dzieje się naprawdę – powtarzałam i zdałam sobie sprawę, że nadal śpię. Wcześniej rzadko pamiętałam swoje sny, ale jeśli już zdołałam zapamiętać choć fragment, był to sen o wypadających zębach, po którym w dość krótkim czasie mogłam spodziewać się choroby górnych dróg oddechowych, zupełnie jakby sen oznajmiał mi, że pomimo iż nie odczuwam bólu gardła, moja podświadomość widzi pierwsze symptomy zapalenia. Zęby były czarne, zaatakowane próchnicą, kruszyły się, bądź wypadały w całości, a kiedy budziłam się, stwierdzałam z ulgą, że moja szczęka jest kompletna. To był właśnie znak, że śpię, nie rozumiałam jednak obrazu, który widniał mi przed oczyma. Patrzyłam na swoją twarz tak bardzo realną, czułam chłód, który ciągnął z wywietrznika, a jednocześnie kawałki szczęki dawały mi do zrozumienia, że bezsprzecznie tkwią w jakimś innym wymiarze. Stopy spijały ziąb z piankowego dywanika, który ściśle przylegał do mroźnej posadzki i orzeźwiał mój śpiący umysł. To był sen, a ja nim kierowałam. W tamtej chwili mogłam zrobić wszystko, doświadczyć czegoś, co nigdy wcześniej mi się nie przytrafiło, a o czym często opowiadał Janek. Przemawiała przeze mnie czysta świadomość i zdawałam sobie sprawę, że jeśli nie zrobię niczego nadzwyczajnego mogę stracić tę szansę i żałować tego do końca życia. Postanowiłam przejść przez lustro, gdyż była to pierwsza absurdalna rzecz, jaka przyszła mi do głowy, pomyślałam o stawie, o jeżdżącym w kółko Alanie, lecz pomimo niemalże stuprocentowej pewności, że tkwię we śnie, w mojej głowie kołatała się myśl, że być może moje dłonie napotkają twardą taflę lustra i nie zdołam zapanować nad tym, co właśnie mnie spotkało.

Po raz kolejny spojrzałam na zlew, w którym leżały moje zęby, tak samo jak wówczas kłębiły się pajączki i osy. Pomimo roztrzaskanego dziąsła,  nie były otulone krwią, wyglądały raczej jak surowe mięso z kurczaka po dokładnym umyciu. Nabrawszy pewności i odwagi, wysunęłam dłonie, przebijając swoje odbicie w lustrze, które wraz z zetknięciem się z końcówkami moich palców rozlało się na boki niczym srebrna rtęć. Poczułam zachwyt pomieszany z lękiem i zatrzymałam dłonie, których końcówki zatopiły się głęboko w zwierciadle. ”Ja śpię” – pomyślałam uśmiechając się, po czym wcisnęłam ręce jeszcze kawałek. „To jest niesamowite, ja śpię i steruję swoim snem! To jest niezwykłe, widzę i czuję wszystko zupełnie jakbym była na jawie, ale ja śpię, nie mogę się mylić”. Ogarnęła mnie nagła euforia, już nie czułam strachu, nie przerażała mnie myśl, że właśnie straciłam znaczną część zębów wraz z fragmentem dziąseł, miałam to gdzieś, wiedziałam, że jest to moja chwila dostępna tylko nielicznym jednostkom, mój świadomy sen, więc kiedy się obudzę, moja szczęka znów będzie okazem zdrowia, a komplet zębów zabłyśnie przy porannej toalecie.

Moje dłonie tkwiły w lustrze po same kostki na przegubach i nagle uświadomiłam sobie, że nie muszę już niczego udowadniać, że wiem gdzie się znajduję i co mogę zrobić. Wyjęłam ręce z tafli, która na powrót stała się płaską szybą, odbijającą moją twarz. Na dłoniach nie było ani śladu zadrapań ani cieknącej „rtęci”. Alana nie mogłam tam szukać, przecież razem ze mną wpłynął do stawu, czyli musiał znajdować się po tej stronie, tu, razem ze mną. Wyszłam z łazienki, namacalnie stąpając po podłodze. Słyszałam skrzypnięcie drzwi, gdy je zamykałam, to było niezwykłe odczuwać jawną rzeczywistość, a jednocześnie wiedzieć, że każdy ruch należy do mnie, że to ja tworzę ten świat, a on mi podlega. Byłam ciekawa czy uda mi się nie stąpać po dywanie, a unosić nad podłożem. Podskoczyłam delikatnie i zawiesiwszy stopy jakieś czterdzieści centymetrów nad podłogą, sunęłam niezdarnie przed siebie. Byłam oszołomiona kolejnym doświadczeniem, oto ja, szybuję tuż nad dywanem odpychając się rękami wzdłuż ciała, by nie zmniejszyć wysokości. Pchnęłam drzwi do pokoju i wpłynęłam tak ostrożnie jakbym się bała, że obudzę Jana, choć jak mniemałam, nie mógł mnie usłyszeć. Nie mógł słyszeć moich nocnych wycieczek, nadpodłogowych lotów ponieważ znajdował się w zupełnie innej rzeczywistości, a to był mój sen, świat, który spełniał wszystkie moje wymagania. On trwał w moim realnym życiu, był, spał namacalnie, leżał owinięty kołdrą i zdawał się uśmiechać. Przestałam się unosić i podeszłam do niego, by na niego spojrzeć, dotknąć jego twarzy, pocałować czoło i otulić szczelnie kołdrą. Uwielbiałam go obserwować, gdy spał. Miał tak piękną twarz, gładkie czoło, które rozświetlało jego nad wyraz młodo wyglądającą buzię i ciemne włosy, które uroczo łączyły się ze skórą. Kochałam to miejsce na czole, w którym wyrastały mu włosy. To był mój fetysz, który wywoływał we mnie jakąś bliżej nieopisaną tkliwość.

To był mój sen, w którym patrzyłam zbyt świadomie. To był mój świat, a ja oglądałam go z dotąd niepoznanej mi perspektywy. Weszłam do pokoju Alanka i tak jak przypuszczałam, spał otulony swoją błękitną kołdrą ze spider menem, kołdrą, która przykrywała mu głowę. To była czysta świadomość, złapałam za róg pościeli, by odsłonić jego twarz i spojrzeć na jego buzię, tak bardzo podobną z rysów do twarzy Jana, ale kołdra pod moją dłonią rozlała się zupełnie jak lustro w łazience. „Co się dzieje?” – pomyślałam i być może wydałam nawet jakiś nieartykułowany dźwięk, lecz Alan zapadł się głęboko w wersalkę, a ja nie potrafiłam go złapać.

–  Rozkazuję ci wracać – krzyknęłam, ale sen mnie nie słuchał, igrał ze mną, a ja nie potrafiłam już nad nim zapanować. – Wracaj, oddaj mi syna! – wrzasnęłam, a dół powstający w wersalce wciągał ostatnie skrawki kołdry, a kiedy zassał ją zupełnie, zobaczyłam siebie kulącą się na łóżku. Było mi zimno bez nakrycia. Kuliłam się w pozycji embrionalnej i zdawałam się mieć koszmary.

–  Nie śpij – krzyknęłam, ale wystraszyłam się, kiedy ta druga ja otworzyła oczy i zaczęła mi się przyglądać w ciemności. Były takie szkliste, jakby zwrócone do wewnątrz i wyżłobione ranami po bokach. Wystraszyłam się i uciekłam z pokoju, biegnąc wprost na klatkę schodową, na której potknęłam się o własną naiwność panowania nad snem i sturlałam się ze schodów.

Ocknęłam się, kiedy poczułam przeszywając mnie chłód. Leżałam na chodniku, a gromada dzieci spacerowała po drugiej stronie ulicy (…)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: