VIS MAIOR (fragmenty)

Część pierwsza

Kiedy po wielu przeciwnościach losu wreszcie udało mi się dojechać do celu, miasto wrzało od politycznej gorączki. Na wietrze powiewały liczne sztandary przywiązane linkami do zakurzonych kamienic. U wylotu do miasta witał wymalowany na oliwkowym tle NASZ KANDYDAT NA PREZYDENTA.

Gdy już przestało mi się kręcić w głowie od ciągłej jazdy w kółko, spojrzałam na przednią szybę samochodu, wydawało mi się, że zmierzamy do nieba, hen ku górze, na szczycie której wyrastał centralny punkt miasta – wielki jak niedźwiedź – rynek. To był koniec podróży. Kres oglądania przydrożnych cerkwi, samotnych wierzb i pasących się krów pomiędzy granicami większych miejscowości. Teraz tylko jeden obiekt zachwycał oczy, jedna, jedyna ulica, prowadząca tam wzwyż. I nic poza nią.

– Jesteśmy na miejscu, wysiadaj – powiedział kierowca stanowczym tonem – To tutaj.

Popatrzyłam na niego i bez słowa otworzyłam drzwi. Wpatrywał się we mnie uważnie i wydawało mi się, że czeka z utęsknieniem, aż wreszcie zniknę mu z oczu. Czy rzeczywiście tego chciał?

Szarpnęłam za klamkę w drzwiach i otworzyłam je. On, jak na znak, rozkaz wydany przez przywódcę, odwrócił się w stronę kierownicy i wysiadł z samochodu. Podeszłam do niego. Otworzył bagażnik, wyciągnął moją zieloną walizkę i postawił ją na chodniku. Zrobiło mi się chłodno, zaczął padać deszcz. Po szarym chodniku przeturlała się różowa reklamówka. Targana wiatrem, zaczepiła o przydrożną latarnię.

– Na co czekasz, chodź! – nalegał. Widocznie spieszył się do domu, może chciał zdążyć na obiad. Szarpnął walizkę za uszy i znikł za masywnymi drzwiami kamienicy. Spojrzałam na słup, reklamówki już nie było.

(…)

W nocy nie mogłam zasnąć i gdy byłam już tak zmęczona, że nie potrafiłam odróżnić czy jeszcze myślę realnie czy już śpię, rzeczywistość mieszała mi się z wyobraźnią. Wpatrywałam się tępo w biały popękany sufit, który stopniowo stawał się zupełnie innym sufitem. Księżyc nie wyświetlał na nim więziennych krat, moje oczy patrzyły na przyjazny sufit, ciepły i znany. Zamknęłam powieki tylko po to, by znów je otworzyć i sprawdzić, co tym razem ujrzę, lecz na betonowym sklepieniu dostrzegłam jedynie obce mi spękaliny i żółtawe refleksy księżycowej układanki. Zmęczenie oplątało każdą cześć mojego ciała, kolejne obrazy sprzed wygnania nasuwały mi się w pamięci niczym kadry wyświetlane za pomocą rzutnika na wprost moich oczu.  Niczym zatapiane kartki szkicownika.

(…)

Był to dziwny człowiek, jakieś drugie wcielenie demona, może jedynie oblicze błazna. Jego teatralna postać budziła wiele kontrowersji, we wszystkim wypatrywał sztuczną grę, sam nie potrafił być normalnym poukładanym człowiekiem, zawsze musiał dopisać kolejny wers do scenariusza. Nigdy nie wiedziałam, w jaką postać wcieli się następnego dnia. Wydawało mi się, że znam go dobrze, a jednocześnie stanowił dla mnie nieodgadnioną zagadkę, myślałam, że potrafię przewidzieć jego następny ruch, odgadnąć pozę, wczuć się w rolę, ale on, zawsze do tej głównej podstawowej wersji dialogu dodawał swoje nikomu nieznane didaskalia. Targając usilnie jego ręką, czułam się jak skretyniała ryba z mojego akwarium, która całymi dniami pływała w pionach wokół filtra, raz w dół, obrót do góry, w dół i kolejny obrocik. Nazywałam ja Rybka Świrek, ale kiedy sama wpakowałam się w zakręcony świat pana z teatru cieni, nie było mi do śmiechu, gdy widziałam anormalną rybkę. Może kręcenie się w kółko było jedynym wyjściem z sytuacji, kiedy wyznaczony szlak się urywa, może najlepiej krążyć dokoła. Ziemia też kręci się wokół słońca, wskazówka zegara zasuwa wokół tarczy, koło od roweru obraca się, wszystko się kręci, zatacza koła, stanowi zamkniętą całość, w której okrążeń nie ma końca. Wyjścia nie ma. Wszystko sobie depcze po piętach. I może nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że że Ryba-Świr skończyła do góry brzuchem. Może zakręciło jej się w głowie.

Błazen, jak to w teatrze bywa, do kolejnych wcieleń przywdziewał odpowiedni strój. Paradował po miasteczku jak Dziki Bill, któremu wszystko wolno, bo każdy zna jego gorszą naturę, czemuż by więc miał okazywać swoje słabe strony, zdradzić, że tak naprawdę nie jest odważnym kowbojem z Dzikiego Zachodu, lecz bezradnym Nocnym Kowbojem Herlihy’ego, takim zagubionym Joe Buck’iem. Aktor, błazen, komediant, klown, przebieraniec, marionetka, pajac, maniak… Grywał twardo swoją sztukę, lecz kto tak naprawdę chciał ją oglądać? Wszyscy spozierali na marne przedstawienie, machali rękami i odchodzili w siną dal, nie dostrzegając w nim ani krzty z Człowieka Śmiechu. Tracił wszystkich po kolei. A ja? Kim byłam ja?

Widzem?

Fanem?

Raczej nie.

Ja byłam Dobrą Duszyczką, która miała wyzwolić wariata od jego przepoczwarzeń, od złych wcieleń, ja miałam wypędzić z niego złego ducha, ja miałam być egzorcystą, miałam zamalować czarne plamy w jego życiu, ja miałam być przy nim bez względu na przebieg niekończącego się dzieła. Powoli zdzierałam z niego złą maskę, dane mi było ujrzeć jego prawdziwe oblicze, a kiedy opadły szpecące go kotary, zobaczyłam jego twarz. Był niesamowicie piękny, wręcz nie mogłam się napatrzeć, ujrzałam w nim wyrozumiałą osobę o niezwykłych rysach dobrego człowieka, który nie miał nic wspólnego z ciemną sferą i gdy tak wpatrywałam się dogłębnie w jego fizjonomię, spostrzegłam jego słabą stronę, postać nieśmiało patrzącego, wystraszonego dziecka, które boi się dnia następnego. Zauważył mój wzrok, zmieszany gubił kartki scenariusza, a nie był na tyle zdolny, by wymyśleć zastępczy. W pośpiechu biegał i skakał, łapiąc skrawki odnalezionych rękopisów, ale nic nie mógł zrozumieć. Denerwował się, a wtedy tracił urodę i bywał szpetny jak nikt.

(…)

Krzyknęłam tak głośno, aż ONa zaczęła się robić mniejsza i stała się mojego wzrostu. Wyrwałam się jej z uścisku i wybiegłam na korytarz. ONa nie poszła za mną. Wtargnęłam do komnaty, w której zostawiłam Błazna, ale nikogo w niej nie było. Na podłodze leżała rozwalona pościel, w której pozostał jeszcze zapach miłości, a ciepło unosiło się w powietrzu. Zaczęłam jak głupia przeszukiwać wszystkie szafy. Miałam nadzieję, że ocalał, że siedzi gdzieś skulony. Jak mogłam go zostawić, ja, która go tak bardzo kochała. Byłam zrozpaczona, płynące rzęsiście łzy zacierały mi widok. Wyszłam z pomieszczenia, by go odnaleźć. Szukałam go po wszystkich komnatach, ale  nie został po nim ślad. Wybiegłam na zewnątrz. Promienie słoneczne raniły moje obolałe spojówki przyzwyczajone do mroku.

– Gdzie on jest? Krzyczałam.

Wtedy pod rosłym drzewem ujrzałam łańcuszek Błazna, który zawsze nosił przy pasku. Schyliłam się i wzięłam go do ręki. Miał urwane zapięcie. Jeszcze raz spojrzałam na ziemię, nieco dalej, w trawie leżały klucze do mojego serca. Pozbierałam je. Ze strachem spojrzałam do góry, a tam między dwoma najgrubszymi konarami wisiał Błazen, żył jeszcze, wiedziałam o tym, czułam jego słabnący oddech i nierówne bicie serca.

Miałam ochotę krzyknąć, ale wydałam z siebie tylko jakieś nieartykułowane dźwięki. Stałam i nie wiedziałam, co zrobić. Twarz napuchła mi od łez. Postanowiłam wdrapać się na drzewo i ściągnąć Błazna, ale jakaś siła zatrzymała mnie z tyłu. Nie mogłam się ruszyć. Stałam więc z szeroko rozłożonymi rękami i patrzyłam jak dwoje obcych ludzi spuszcza linę, zdejmuje Błazna i układa na trawie.

– Błazen! – pragnęłam wyrwać się do niego, przytulić jego ciało, ale owe siły trzymały mnie mocniej i mocniej, jakby chciały mnie ukrzyżować gdzieś na drzewie. Wszystko działo się tak szybko, cały czas się szarpałam, ktoś robił coś przy Błaźnie, pętle zaciskały się coraz bardziej z każdym moim szarpnięciem, ludzi przybywało, szmer wzrastał, a mój krzyk błąkał się po nieznanej ziemi, szybował w przestrzeni, aż wszystko umilkło.

Ludzie zniknęli. Tajemnicza siła puściła moje dłonie. Zerwałam się i upadłam na ziemię. Kiedy się ocknęłam, byłam zupełnie sama, a dookoła panowała cisza. Usłyszałam ćwierkające ptaki, które usiadły na drzewie. Coś uwierało mnie w nogę. Był to łańcuszek i klucze. Obok na trawie leżała lina. Nie mogłam zrobić nic innego, jak wrócić do zamku z podkuloną głową. W jednej z komnat panował osobliwy nastrój. Ludzie ubrani na czarno witali mnie skinieniem głowy, a na środku stał długi, nakryty białym obrusem i syto zastawiony stół, dokoła którego stali ludzie i prowadzili między sobą dyskusje. Szłam bardzo powoli, rozglądając się na boki, a czując się nieswojo skierowałam wzrok na swoje stopy i dopiero wtedy spostrzegłam, że jestem ubrana jak oni. Dostojnie. Moje czarne lakierki pobłyskiwały od światła przepięknej abażurowej lampy zawieszonej wysoko pod sklepieniem, a im bliżej dochodziłam do stołu, tym więcej ludzi uśmiechało się do mnie i składało mi coś w rodzaju gratulacji. Czułam nasilające się przerażenie i wzrok osób śledzący każdy mój ruch, a nawet zmianę mimiki. Na stole prócz jedzenia znajdowały się piękne bukiety kwiatów ułożone wzdłuż czarnej skrzyni. Przystanęłam, ale jakaś osoba z tyłu pchała mnie do przodu, co doprowadzało mnie do szaleństwa. Pchała z tak wielką siłą, że obcasy czarnych lakierek sunęły po śliskim parkiecie. Rozpłakałam się ponownie i miałam wrażenie, że owym płaczem rozczarowałam publiczność, która przecież była w świetnym nastroju. Jednak nie obchodziło mnie to, co myślą inni, byłam już tak blisko, że dokładanie wiedziałam, co znajduje się na stole. Pan z siwym wąsem wskazał trumnę i zapraszał mnie do uroczystości.

(…)

Boje się tych strasznych snów, które mnie prześladują, dlatego kiedy okrutne kajdany mojej wyobraźni poluzują się na tyle, bym mogła się z nich wydostać, otwieram z przerażeniem oczy i nie mogę uwierzyć, że był to tylko sen. Sen – zupełnie jak objawiona prawda. Z ulgą stwierdzam, że leżę w łóżku, a reszta odchodzi wolnym krokiem w zapomnienie.

Coraz częściej miewam sny o śmierci i to niekoniecznie swojej. Budząc się, kumuluję w mózgu spore cmentarzysko przyjaciół i ludzi nieznajomych. Ostatnio sama przekroczyłam próg. Była to czysta przesada. Po koszmarnym śnie katastrofy samochodowej zbudził mnie mój własny ciężki oddech. Gdy się opamiętałam, na powrót zamknęłam zaspane powieki. Wtedy straciłam dwa palce prawej ręki. Karetka pogotowia zjawiła się jak na zawołanie… nie! To były tylko dwie pielęgniarki. Żaden ambulans nie dojechał. To one, dwie pannice wyły jak syreny, jak bawiące się dzieci w pociąg – ciuf, ciuf – jedzie z daleka!

(…)

Sumienie gryzło mnie zbyt długo. Pewnego dnia nie wytrzymałam i zjadłam je na deser. Było żylaste i trudne do przełknięcia, lecz po czasie usilnej walki – zwyciężyłam. Od tamtej pory nie miałam sumienia. Chodziłam ulicami i gadałam do siebie, nikt, kto był mi obcy nie rozumiał mojej potrzeby.

(…)

Codziennie rano zmagałam się z nadmiarem zanumerowania miasta. Siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców w pośpiechu przepychało się wąskimi uliczkami. Mocniejsi i zdrowsi spychali na pobocze biednych starców, taranując ich swymi bezlitosnymi cielskami. Nie raz widziałam leżące zardzewiałe numery na ośnieżonym trawniku, niekiedy taki już nigdy się nie podnosił, a na jego miejsce w społeczeństwie wskakiwał nowy, lepszy obywatel. Najgorzej jednak było na moście. Jedynie metalowe barierki chroniły ludzi przed niechcianą kąpielą w mroźnym Sanie, na którym pływały lodowe kry. Kaczkom jednak nie przeszkadzała minusowa temperatura wody, pluskały się z zadowoleniem i starały się nie zwracać uwagi na przeciskających się przechodniów.

(…)

 W Piekle uczyli nas w bardzo przystępny sposób. W budynku, kwadratowym klocu składającym się z trzech kondygnacji, w małych salkach na starych rozklekotanych krzesłach z oderwanymi oparciami siedzieliśmy my, cała setka szaraków podzielona na trzy grupy. Urzędniczka od nauk przez półtorej godziny wypluwała z ust potrzebną nam wiedzę, a my zahipnotyzowani, jak gąbki chłonęliśmy prawdę. Ciała nasze wsączały kropelki, mózgi nasze rejestrowały nowe informacje. Oddychaliśmy wszyscy jednym powietrzem. Powietrzem nasączonym wiedzą. Ci co mieli nadzieję, oddychali pełna parą, byli mądrzy, wiedza ich nie bolała. Wokół wirowały pyłki, a krople, które nie wessał organizm rozpływały się po ścianach. Niektórzy sprawnie unikali, aby choć odrobina mądrości nie zabałaganiła ich umysłu, a kiedy brakło im refleksu, informacje kuły jak strzały.

Pot ściekał po ścianach.

Tynk odpadał ze ścian.

Ściany gniły. Rosły na nich twory, organizmy roślinne, borówki, grzyby i coś jeszcze.

Ci, co ssali rozsądnie nauki, mieli dziki błysk w oczach, byli inni, lecz nie zniewoleni. Różnili się od Unikaczy i było ich mniej. Większość bowiem wolała się kręcić, wiercić, bezpodstawnie krytykować i opuszczać zajęcia. Krytyka zaś potrzebuje wiedzy, a nie zuchwałości.

Nauka była jedyną metodą na przetrwanie i niewczesne zniewolenie. Dawała narzędzia do walki i obrony. Nie pozwalała zmarnieć umysłom i zastygnąć w bezruchu, potrzebowała jednak ambitnych serc, konsekwentnego zapału i czasu. Tu mogłam śmiało wyciągać swój zeszyt i zapisywać w nim przeróżne zaobserwowane rzeczy i nieprzetrawione myśli. Uczeni zwani Gąbkami lub Chłonnymi mieli nadzieję, że w tym szarym piekielnym świecie będą potrafili odnaleźć promień nadziei i całe spektrum barw. Jednak ku ich wielkiemu rozczarowaniu Unikaczy było znacznie więcej, kpili z ich teorii ulepszenia świata, chcąc jednocześnie władać ich mocą. Zgniatali gąbki w swych brudnych i pełnych chciwości łapskach, wyciskając z nich ostatnie krople życia myśląc, że bez wysiłku pojmą całą ich tajemnicę. Wiedzy nie zdołali przejąć, ona kwitła jedynie na żyznej glebie. W ich szponach stawała się efemeryczna, sucha i pozbawiona logiki.

Siedząc na krześle opierałam się o ścianę i chłonęłam z wypiekami na twarzy. Wdychałam wszystkie impulsy mądrości, wydychałam głupotę. Była ciężka, klejąca i posiadała liczne parzydełka. Iskierki, pyłki nauki wsiąkały we mnie i rozpraszały się po całym organizmie. Budowały we mnie siłę i potęgą, wytwarzały pancerz, który chronił mnie przed złem i nocą. Osłaniały przed ignorancją, ciemnotą i nietolerancją, a przetworzone przez mój odpowiedni nastrój i stan zdrowia wysyłały na zewnątrz pole morfogenetyczne, tworząc wokół mnie wibrujące kolory, które rozbijały panująca powszechnie szarość.

(…)

Pierwszą czynnością postawnego wykładowcy było wyczytanie studentów z listy. Robili to wszyscy z wyjątkiem Einsteina. Słowo jestem wypowiedziane przez pierwszą osobę odbijało się echem w różnych zakątkach sali przez gardziele kolejnych numerów. Po zakończeniu części urzędowej profesor zaczynał rozwodzić się nad problemem czy to Bóg chyli grzbiet ku ludziom drącym się o wolność, czy skłania ich karki do dołu, aby się opamiętali.
W pewnym momencie straciłam koncentrację i odpłynęłam myślami, gdzieś hen daleko. Oglądałam bezlistne gałęzie drzew rosnących za oknem, patrzyłam na obdrapane kamienice
i nie potrafiłam określić czy jestem szczęśliwa czy nie. Krople pluły mnie bezlitosnym jadem a mi nawet nie chciało się ich unikać. Byłam tak znudzona, że nawet ból nie sprawiał mi przykrości. Starałam się nie myśleć o godzinie. Im rzadziej zerkałam na zegarek tym łatwiej było mi wysiedzieć. Promienie słoneczne rzucały blade światło na przednia ścianę. Cień-kratka padał wydłużony, duża mucha wleciała do środka, przynajmniej miałam zajęcie na jakiś czas, mogłam bezmyślnie obserwować jej lot. Na chwilę spojrzałam na kserówki złożone na ławce. Gdy ponownie spojrzałam na sufit mucha gdzieś zginęła. Później znów się pokazała, ale zbuntowałam się przeciwko niej i przestałam na nią zwracać uwagę.

W sali wszystko wydawało się senne. Nawet kwiatki rozstawione równo od siebie, jakieś takie zaspane się wydawały. A lampy? Wisiały tak nieruchomo, stare graty, czekałam aż się pourywają i spadną z hukiem na podłogę, przy okazji mogłyby ogłuszyć Świętą Wandę, przestałby zanudzać i coś by się w końcu wydarzyło ciekawego.

Mucha naprawdę była duża. Chyba Bóg tylko w nią tchnął życie, a o nas wszystkich zapomniał. Krążyła nad głowami. Pochylonymi. Pokutującymi. Naprawdę bycza. A może to sam Bóg wcielony zwiedzał same Piekło i patrzył, komu myśli grzeszne mącą umysł? To Bóg Wielki sfrunął do samego piekła by osobiście przemówić nam do rozsądku.

Obfita mela chlusnęła mnie po twarzy. Ocknęłam się z zamyślenia. Pyłki mądrości atakowały mnie ze wszystkich stron. Tak bardzo bałam się pytania Sennego Jeża, że jak tylko na mnie spojrzał swym jednym nieśpiącym okiem wsadziłam pióro do kontaktu, który znajdował się po mojej prawicy. Fala dreszczy przebiegła po moim ciele, aż prąd zawładnął moim umysłem. Jeż najeżył się srodze i nie wierzył własnym uszom i obu otwartym oczom, co nie zdarzało się często. Słyszał bowiem zazwyczaj same nieposkładane literki niebrzmiące ani nieznaczące. Nie, żebyśmy wszyscy byli tak piramidalnie tępi, ale kolce jego i lewe przymykające się oko były dla nas tak straszne, że w sekundzie traciliśmy cały zdrowy rozsadek. Senny Jeż był najsprytniejszym Jeżem, jakiego miałam przyjemność poznać,
a rzeczy, o których mówił, choć zazwyczaj sam zasypiał w połowie zdania, były naprawdę interesujące. Otwierał leniwie usta rozpoczynając swój monolog, po czym zawieszał głos zostawiając jedynie jego ciepłe drżące echo, które usypiało powoli jego jedne oko, drugim zaś bacznie obserwował, czy ktoś oprócz Świętej Wandy nie wyrywa się do odpowiedzi. Nie widząc jednak lasu rąk zamykał i drugie, tracąc nas wszystkich z widoku. A kiedy już cali spoceni myśleliśmy, że śpi sobie w najlepsze, kącik jego ust uchylał się, pochłaniając powracające do niego cząsteczki mądrości i rozbudzał go, odklejając kolejno parę oczu. Wówczas jego przekrwione gały kierowały się w stronę jakiegoś nieszczęśnika, a palec wskazywał, że właśnie jemu udziela głosu. Nie słysząc żadnej odpowiedzi proces
z zasypianiem się powtarzał, jednak na nieco krócej, na jedną magiczną chwilę, by przymknąć i tak zamykające się powieki i wyrzec ze znudzenia, że w naszej grupie niespotykanie ciężko się pracuje.

(…)

Na uczelni panował jakiś nadzwyczajny spokój. Straszliwa cisza przechadzała się korytarzami i zostawiała specyficzny zapach. Pot mieszał się z duchotą. Na górze usłyszałam trzask i ostrożnie weszłam na piętro. Schody pokryte były lepką mazią, a przez okno otworzone na oścież wlatywał śnieg. Zamknęłam je. Ponownie zapanował spokój, lecz im wyżej wchodziłam, tym wyraźniej czułam dziwną woń. Korytarze kolejnych kondygnacji wydawały się zaskakująco mniejsze i ciemniejsze niż zwykle. Kiedy wyszłam na ostatnie piętro usłyszałam gwar rozmów dochodzących zza drzwi sali gimnastycznej. Zajrzałam przez dziurkę od klucza, nikogo nie było widać, ale głosy wyraźnie wskazywały na obecność przynajmniej trzech osób. Poczułam blisko siebie Skrawek Nadziei i postanawiając wejść do środka, pociągnęłam delikatnie za klamkę i drzwi się otworzyły. Lecz to, co ujrzałam wewnątrz spłoszyło moją nadzieję

(…)

KRÓTKA PRZEDMOWA DO SAMEGO SEDNA SPRAWY

Tysiące razy żałowałam, że do snu obok łóżka nie ustawiłam sobie spadochronu. Przerażona zamykałam oczy, rozpościerałam ręce i zeskakując, leciałam z najwyższego szczytu na świecie, z najpotężniejszej góry, z nieosiągalnego wierzchu, z wysokości jakiej nie zdobył przede mną żaden człowiek. Leciałam ponad wszystkim, co zaistniało kiedykolwiek stworzone ręką Boga i mnóstwem małych poradnych dłoni Jemu na wzór podobnych.

Wiatr muskał delikatnie, pot rosił czoło, ciało było zwiewne i lekkie, miękkość pierza otulała mnie. Było tak dobrze i przytulnie. Coraz cieplej i cieplej, aż duszność stawała się nie do zniesienia, a ja zbyt podniecona podniebnym lotem i prawdziwą wolnością, uległam zbyt wielkiej fantazji. Zgrzeszyłam, łamiąc nadane mi przykazania i poczułam, że zbyt wysoko jestem, że zbyt szybko się pocę, że oddaliłam się za bardzo, że słonce mnie spala.

Otworzyłam oczy. Leciałam w dół na przepadło. Na łeb na szyję, łamiąc masywne kości. I – kara mnie spotkała za swoją głupotę, że nie zabrałam ze sobą żadnego spadochronu, który ochroniłby mnie przed tak silnym upadkiem, przed zderzeniem twarzą o twardą powierzchnię, przed nagłym zrywem do świadomości.

Spadochronem była szklanka wody! Po prostu.

(…)

Część druga

Po zimowych mrozach woda w Sanie odmarzła. Wiatr niebezpieczną prędkością młócił wody rzeki. Dzikie kaczki założyły kaski i okulary, i wraz z szałem prądu płynęły do morza. Wyglądało to jak rajd. Wyścigi zmotoryzowanych kaczek.

(…)

Ostatnio targały mną dziwne myśli, w wolnych chwilach grzałam się przy kaloryferze, patrząc na żelazny most, po którym przejechał ostatni pociąg. Był to środek tygodnia, a Ósma przygotowywała się do wygodnego upadku.

Ostatnio wzrok mnie zawodził. Łzy zalewały mi oczy i czułam jakby były podmywanym brzegiem przez San. Byłam senna, taki dziwny stan, kiedy się zasypia, ale jeszcze ma świadomość, wówczas osobliwe myśli przychodzą do głowy.

Zapukał do drzwi, było po dwunastej.

(…)

Z ciemnej uliczki wytoczył się pijak, rzucał wyzwiska w kierunku obfitej kobiety. Przyśpieszyłam kroku, a mój wzrok błądził coraz bardziej rozrzutnie i zamaszyście po zakątkach rynku, stale natrafiając na pełzające pokraki. Twarze ich krążyły nad moją głową
i nawet księżyc zaraził się ich dziwnym somnambulicznym wyrazem. Z trudem przeciskałam się pomiędzy plagą zmór, było ich coraz więcej i więcej, śmiali się złowieszczym rechotem
i siłą napierali w moją stronę. Niedźwiedź wyżerał z fontanny szczątki zadeptanych krzywulców. W panice zaczęłam uciekać. Biegłam tak długo, aż plac rynku znikł za moimi plecami, a ryk niedźwiedzia ustał. Zatrzymałam się dopiero na moście, nie mogłam złapać oddechu, a serce waliło mi jak stado rozpędzonych koni. Oparłam się o barierkę i spojrzałam w dół na rzekę. Odbijał się w niej księżyc. Nie miał już dzikiego wyrazu. Był jasny i okrągły, a wokół niego błyszczała szkarłatna łuna. San o dziwo płynął, spokojnie falując, ale obawiałam się, że była to tylko cisza przed burzą, która dopiero miała się rozpętać. Nie słyszałam śmiechów, głośnych orgii rozbestwionych istot, ani bezwstydnie kopulujących stworzeń o czarnych guttach w mrocznej otchłani gębowej, gdzie język w spazmatycznych orgazmach drążył dziury w tynku. Nie widziałam już tego. Stałam w ciemności na moście,
i gdy wiatr owiewał moja twarz, ochłonęłam, a potem wolnym krokiem ruszyłam w stronę kamienicy na zaciszne trzecie piętro, gdzie pastowano schody na czarno i czuć było zgniliznę.

(…)

Buty przemokły mi na wylot, a spodnie zachlapałam błotem po same kolana. Szłam przed siebie, ale myśli zostawiłam razem z nim. I nawet, gdy doszłam do mieszkania, zrzuciłam przemoczoną odzież i wtuliłam się w ciepłą pierzynę, myślałam o tym, co się właściwie wydarzyło. Być może zbyt pochopnie postąpiłam, zbyt nerwowo. Ale kiedyś musiałam oblać go napojem goryczy i rąbnąć na ziemię wszystkie jego marne wysiłki. Był bowiem głupcem. Zwykłym pośmiewiskiem ludzkości.

Nienawidziłam go wówczas tak mocno, że aż robiło mi się przykro, że ktoś go tak bardzo nienawidzi. I w końcu zapłakałam. Płakałam. Tak. Płakałam, aż przestałam. I pokochałam na nowo marną istotę, która nie potrafiła z dumą podnieść głowy, która leżała na ziemi jak nic niewarty robal i moje uczucia wstały z martwych, z popiołu odrodziły się, jak Feniks, który raz unicestwiony potrafi powstać na nowo i już nie czułam do niego urazy, lecz litość. Zwykłą gorzką litość. Że nie ma nikogo. Że jest sam jak palec na tym wielkim świecie i nawet ja, która chciałam zbawić wszystkich i wszystko – zawiodłam i nie podałam mu po raz kolejny dłoni, aby mógł wstać, podnieść się, podnieść się z dna i ponownie mnie podeptać. Zepchnęłam go tam jeszcze bardziej i nie miałam już ochoty włazić tam za nim, żeby go wydostać. I chociaż słyszałam wrogie głosy urzędników, zaparłam się wszystkimi siłami, by nie zawrócić. I odeszłam. Odeszłam nocą.

A oni złapali i mnie.  I teraz siedzę w tej celi szukając znaków na przetrwanie, poję się myślami, które dodają mi energii i wiary na lepsze jutro, na możliwość zmiany swego przeznaczenia, patrzę na białą ścianę i szukam wzrokiem tańczących cieni krzewów zza okna, które odbijają się oświetlane latarniami na placu zakładu.

(…)

Nie mogłam w to uwierzyć, nie chciałam wziąć do świadomości, że to naprawdę tak się kończy. Jeszcze niedawno wszędzie widziałam kraty, w kuchni, na ścianie, na podłodze,
w pokoju, na półce i w oknie, w nocy nawet sufit wyświetlał mi księżycowe kwadraciki,
a teraz to koniec, ot tak, po prostu, cisza. Marzyłam o tym, ale nie chciałam, by skończyło się w tak absurdalny sposób, nie byłam na to przygotowana.

Kolejno wychodzili z mieszkania, znikając za zakrętem długiego korytarza, rok się kończył, świat upadał. Popatrzyłam na Dziewiątą, pakowała się, a jej spodnie nie posiadały poprzecznych linii, nie tworzyły kraty, ona miała spodnie w pasy, równo biegnące wzdłuż nóg, pasy godne prawdziwego więźnia. Biegała na bosaka i zbierała swoje rzeczy.

Tak, to był już koniec. Siedziałam na kwadratowym stołku i myślałam o tym, że nastanie dzień, w którym i ja wyjadę, gdy po roku spędzonym na wygnaniu wrócę do domu

(…)

Siedziałam i sto myśli w ciągu minuty przechodziło mi przez głowę, bo to był początek tego, co się kończyło i co miało później nastąpić.

To był koniec. Czekałam na tę chwilę tak długo, tak bardzo długo, a kiedy wreszcie przyszła, wcale nie byłam zadowolona. Właściwie to sama nie wiedziałam co czułam. Jakieś paranoiczne uczucie zżerało mnie od środka i choć nie byłam przygnębiona, czułam swego rodzaju smutek. Trafiłam do Piekła i tęskniłam za nim. Tak. Tęskniłam za piekłem, choć jeszcze tam byłam, bo myśl o tym, że lada moment opuszczę je, napawała mnie wielkim żalem i smutkiem, że coś się kończy, że już nie będzie mrocznych nocy, gdzie powiew wiatru wlatuje do pokoju. Drażniło mnie to, że potrafiłam tęsknić za rzeczą, osobą czy miejscem dopiero wówczas, gdy to traciłam. Wiem, że minione chwile nie powrócą, a niepotrzebnie rozpaczając nad ich utratą, tracę chwile, które dopiero nastaną. Ale to było silniejsze ode mnie, płakałam więc nad straconym czasem, czując się jak porzucone dziecko.

Każdy wyjeżdżał, opuszczał kamienicę i Piekło, została nas tylko szóstka i nic poza tym, mój umysł szybko rejestrował wspomnienia, gromadząc nadmiar żalu w sercu.

(…)

Po ulicy wiatr targał kartką zielonego koloru, dostrzegłam na niej przyciemnione rysy Założyciela. Wirująca zieleń przypomniała mi reklamówkę, która walała się po chodniku w dniu mojego przyjazdu do miasta. Ale teraz to był koniec. Syreny wyły, mury Jerycha runęły, a krzyki słyszałam jeszcze bardzo długo. Więcej nie krążyłam wokół siatki. W mieście tkwiły pustki, wszyscy, którzy mogli, wyjechali, zostało niewielu.

EPILOG

(…)

Zupełna cisza. Dym unosi się gdzieś w oddali, ranne ciała skomlą w popłochu. Kurz opada na ulice miasta zsyłając mrok.

I tylko ja w oknie na trzecim piętrze świecę oczyma, bacznie obserwując pokój, żeby wiedzieć czy jeszcze istnieję czy tylko mi się tak wydaje, czy przypadkiem ciemność mnie nie pochłonęła, może to kolejne złudzenie, zupełny fałsz, oszustwo. Nie, nie jestem zjawą, jestem ucieleśnieniem człowieka, istotą posiadającą materialny szkielet i kanaliki z czerwono-błękitną cieczą, to już nie sen, to nie opowieść, to nie ogień piekielny, który pali wnętrze, to nie fantazja, która narodziła się w realiach, to nie mit, nie fałszywa przyjaźń, to nawet nie wrogość. To naturalna kolej rzeczy zrodziła zamęt, bo najpierw był chaos, rumor niestworzony, a ja jestem człowiekiem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: