Długowieczne spalone sensacje

W naszym przedszkolu nie było zwyczaju nazywać kolejnych grup postaciami z bajki czy nazwami owoców. Nie chodziliśmy do krasnali, smoków czy jagódek, lecz zwyczajne stopnie oddzielały maluchy od starszaków. Chodziłam wówczas do czwartej grupy (trzecią przeskakując automatycznie) kiedy rodzice przyprowadzili Magdę. Był marzec, a ta nieśmiała, nieco upośledzona dziewczynka podpierała kąty przedszkolnej sali. Wstydziła się wszystkiego i wszystkich, miała strupy na ustach i wiecznie osmarkany nos. Jej jasne włoski podkręcane na końcach ledwie dosięgały ramion. Były rzadkie i nieuczesane, a Magdzie nie przeszkadzało nawet, że poskręcane kosmyki wchodziły jej do oczu i buzi.

Polubiłam ją od razu, tę jej nieporadność w mowie i ruchu. Tak jak ja nie lubiła przedszkolnego mleka pełnego bełtów i kożuchów – wypijała je tylko wtedy, gdy wsypano doń dwie łyżeczki cukru, który przynosili w słoiku nasi rodzice, a panie przedszkolanki skrzętnie chowały do górnej szafki. W mig otoczyłam ją opieką, pilnowałam, by dosypywano jej cukru i odpierałam niemiłe ataki wścibskich dzieci, które uwielbiały robić z niej ofiarę. Czułam się jej potrzebna i tym samym ogarniała mnie duma, gdy widziałam w jej oczach podziw mojej osoby. Byłam jej guru, jej jedyną przyjaciółką. Odzywała się tylko do mnie, bo ja nie wyśmiewałam jej seplenienia i jąkania się. A ona bała się wszystkiego, nawet kiedy musiała skorzystać z ubikacji, wolała popuścić w majtki, niż odezwać się do opiekunki. A potem stała taka mokra i śmierdząca, a dzieci otaczały ją kołem i w akompaniamencie obrzydliwego śmiechu, wytykały palcami. Patrzyłam wówczas na jej buzię, po której ciekły łzy i przyrzekałam sobie w myślach, że już nikt nie będzie się z niej wyśmiewał. Od tamtej chwili, kiedy chciała iść do ubikacji, pomimo mojej własnej skłonności do lęku przed wszystkim i nadmiernej nieśmiałości, zwalczałam dla niej wszelki wstyd i biegłam zdyszana do pani, by zapytać czy Madzia, która skręca nogami z bólu, może wyjść do łazienki. Wtedy pani brała ją za rękę i  wychodziła razem z nią, a gdy Magda wracała, była mi wdzięczna, że jej bielizna pozostała sucha i czysta.

Potrzebowała mnie tak samo jak ja jej. Beze mnie czuła się bezradna i osamotniona, a dzięki mnie nie bała się tak bardzo jak zazwyczaj. W jej oczach byłam silna i wspaniała, wiedziała, że zawsze stanę w jej obronie i nikt nie będzie się z niej śmiał. Ja w zamian tego zyskałam jej przyjaźń i w końcu czułam się przydatna. Co śmieszne, jej ułomność wcale nie wydawała mi się wadą, szczerze mówiąc zazdrościłam jej tych defektów w urodzie i rozwoju, po kryjomu upodabniałam się do niej, stawałam się nieporadna przy rodzicach, by tak samo jak ona, wzbudzać litość i troskę.

Lubiłam ją bardzo i nie wyobrażałam sobie, by kiedykolwiek mogło jej zabraknąć. Ale pewnego dnia po prostu nie przyszła do przedszkola. Czułam się samotna i nikomu nie potrzebna. Nie walczyłam już nawet o cukier do mleka, którego strasznie żałowano, pomimo że przyniosła go moja mama. Nie miałam siły płakać i prosić, robić scen przy stole. Przechyliłam zatem kubek i łykałam z obrzydzeniem zamieszane kożuchy w mleku. Przełykałam je gorzko, jak nieobecność mojej przyjaciółki. Nie było jej dzień, nie było jej dwa, tęskniłam i już nic nie było takie same. Przeszkadzała mi cytryna w herbacie, która wlatywała mi do buzi, bardziej niż zazwyczaj denerwowała mnie Justyna, która szczypała wszystko i wszystkich, i wielka Gośka, rzygająca na leżakowaniu. Chodziłam ospale po kątach, czekając na powrót Magdy, a próby z okazji występu na dzień kobiet, nużyły mnie okropnie.

Magda nie wróciła przez cały tydzień. A po niedzieli, wielki autobus przywiózł rodziców na występ. Goście zgromadzili się w jednej salce, z której dochodziły przytłumione odgłosy ich rozmów. Powiedziano mi, że Magda wróciła. Wybiegłam więc na opustoszały korytarz, na którego końcu stała kuchenka gazowa, a na niej skwiercząca patelnia. Z oddali widziałam postać Baby Jagi, która podkręcała ogień. Przestraszyłam się, chciałam zboczyć z drogi i wrócić do sali, w której siedzieli rodzice. Ale usłyszałam płacz Magdy i gdy spojrzałam ponownie na koniec długiego korytarza, ujrzałam swoją przyjaciółkę, której wiedźma przypalała nos na patelni .

– Pomóż mi! – wołała niewyraźnie Magda, a jej nos piekł się na brązowy strup niczym za długo smażony pieróg. – Pomóż mi – powtórzyła, a mi nogi odmówiły posłuszeństwa. Patrzyłam jak Baba Jaga, najgorszy stwór dzieciństwa, smaży nos mojej najlepszej przyjaciółki na patelni, jak śmieje się koszmarnie, jak olej pryska i skwierczy, jak bucha ogień i trawi powoli cały kraniec korytarza, odcinając mi drogę do Magdy. Nie mogłam do niej podbiec, zaczęłam mimowolnie się cofać, aż dotarłam do poprzecznego korytarza, w którym szmer rozmów stał się zdecydowanie wyraźniejszy.

– Pali się – wrzeszczałam – przedszkole się pali!

Rodzice wstali zszokowani, a czując dym i spaleniznę, zaczęli w pośpiechu opuszczać salę. Ktoś wzywał straż.

– Szybko, pali się, uciekajcie – poganiałam ich, i gdy widziałam już, że ostatnia osoba opuszcza budynek i wchodzi do czekającego obok przedszkola autobusu, cofnęłam się do środka. Wszystko działo się tak szybko, krzyczano, bym nie wracała do przedszkola, ale ja wypchnęłam ich za drzwi i pobiegłam wzdłuż korytarza, na końcu którego ogień odciął mnie od Magdy. Ale jej tam nie było. Ani Magdy ze spalonym nosem, ani Baby Jagi w czarnej sukni i ciemnym szpiczastym kapeluszu z powykrzywianym rondem. Nic też się już nie paliło. Podeszłam więc bliżej. Lecz niezbyt blisko, tak, by w razie czego, jeśli wiedźma nadal tam była, nie zdołała mnie schwytać. W głębi stała nienaruszona ogniem kuchenka, a na niej delikatnie kołysała się patelnia. Było wyraźnie czuć jej gorąc i zapach niedawnego użytku. Stałam taka zgaszona i pusta w środku, że nie potrafiłam pomóc przyjaciółce.

– Dlaczego mi nie pomogłaś? – odezwała się Magda, na której nosie widniał ciemnobrązowy strup.

– Ja… ja przepraszam cię bardzo, ja bałam się… – jąkałam się zawstydzona.

– Bałaś się, a mi Baba Jaga paliła nos na patelni – wydukała – ona nadal tam jest, więc idź stąd – dodała Madzia, a ja nigdy więcej nie spotkałam jej na swojej drodze. Wybiegłam z przedszkola, modląc się w duchu, by strażacy usmażyli dręczącą dzieci Babę Jagę.

Miałam wtedy cztery lata i nie lubiłam przedszkolnego mleka. Nocą nawiedzały mnie olbrzymie misie polarne i czarownice, a idąc do przedszkola bałam się, że sen stanie się jawą i Magda zawita do nas z przysmażonym nosem. Ale ona się nie pojawiła. Nie zobaczyłam jej już nigdy więcej, nie wiem więc, czy jej nos był spalony i czy te sensacje działy się rzeczywiście. Jednego mogę być tylko pewna, że był to dopiero początek rodzących się koszmarów, a sensacje zawarte w nich są długowieczne, bo pamięć o nich nie umiera. Tkwią w moim umyśle nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat. Takie długowieczne spalone sensacje…

(sen z wieku 4 lat)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: