Kraina czterech pór roku

Zbyt dużo dni upłynęło, oddala się ode mnie Kraina Czterech Pór Roku. Nie czuję już lęku przed klątwą, która na mnie zaciążyła w chwili, gdy przekroczyłam  Bramę Czasu. Mija drugi tydzień, kiedy odeszłam, ale dopiero dziś jestem w stanie spisać tę historię. Będzie w niej mnóstwo luk, które w żaden sposób nawet nie będę starała się wypełnić, bo słowa są zbyt proste, bym mogła opisać co tam zobaczyłam, ale uwierzcie, wykracza to poza wszelkie ramy i już niczego nie można być pewnym, niczemu nie można ufać…

Jechaliśmy autokarem wiele godzin. Moja trzyletnia córka spała na fotelu obok mnie, a mama zasiadała tuż za nami. Znudzony wzrok ślizgał się po przydrożnych domostwach, a myśli przelatywały dziko jak wiatr zagubiony na pustkowiu. Ktoś tam mieszkał, ktoś tam kochał, ktoś tam płakał, ktoś tam był. Miejsca przeplatały się z rozwijającymi się nie-miejscami autostrad, a zbudowane z pikseli ekrany zacierały czas. Byliśmy zmęczeni i od dłuższej chwili nieskorzy do rozmów. Przysypiałam, gdy kierowca zjechał do niewielkiego miasteczka informując, że za kilka minut robimy postój.

Gorące powietrze unosiło się ciężko, wypełniając wnętrze autobusu. Czułam jak koszulka niemiło przykleja mi się do spoconego ciała. Nie miałam ochoty na postój, sen mnie morzył, w fotelu miło bujało i chciałam jechać dalej, by jak najprędzej znaleźć się w domu. Nie podobał mi się pomysł zwiedzania kolejnego egzotycznego miejsca.

Kierowca zajechał do centrum. Była to mała mieścina pełna kwitnących drzew. Wiosenność miejsca tak mnie oszołomiła, że dopiero po chwili zorientowałam się, że autokar jechał po usypanej szosie, która dzieliła okolicę. Wjechaliśmy na grząski piach, na którym co kawałek, w dołku wypełnionym błotem, taplały się miejscowe dzieci. Gdy autobus zbliżał się do nich, maluchy chowały się jak krety pod ziemię, a koła autokaru otulały kałuże, przejeżdżając dalej bez większych problemów.

„Co za dziwaki” – pomyślałam, lecz rozleniwiający mnie upał sprawiał, że nie miałam ochoty wykonywać zbyt gwałtownych ruchów. Z ciekawości jednak delikatnie obróciłam głowę i zobaczyłam, jak z oddalającej się za nami błotnej nory, ponownie wychylają się dziecięce łebki.

Zatrzymaliśmy się na zajeździe. Ludzie chmarnie ruszyli ku wyjściu, odczekałam więc aż przejdą i jako ostatnia, wraz z dzieckiem, opuściłam autokar.

Na zewnątrz upał wydawał się być jeszcze gorszy  ̶  ukrop jak w środku lata. Ziemia wysychała ukazując popękaną skorupę, a gęste i duszne powietrze falowało, łamiąc kontury. Szliśmy wąską dróżką, zagłębiając się w gąszcz wysokich drzew, a ja dopiero po chwili skojarzyłam, że robiło się coraz chłodniej. Z każdym krokiem, gdy wiatr osuszał spoconą jeszcze przed chwilą skórę, moje ciało przechodził dreszcz. Z prawej strony dostrzegłam góry, które pokrywały grube warstwy śniegu. Obejrzałam się za siebie, dostrzegając w oddali falujące powietrze, rozmywające mi widok chlapiących się w błocie dzieci, za którymi, hen w tle, kwitły wiosenne drzewa. Był to niezwykły widok. Miałam wrażenie, że w ciągu tych paru minut ziemia okrążyła słońce, serwując mi w przyspieszonym tempie kolejne pory roku. Nie wiem ile czasu wodziłam wzrokiem po tej przedziwnej scenerii, ale kiedy ponownie się odwróciłam, część turystów zniknęła z mojego wzroku.

– Gdzie poszli? – spytałam stojących najbliżej mnie ludzi, wśród których znajdowała się również moja mama i córka.

– Poszli w prawo, chcieli obejrzeć góry. Niektórzy chyba wrócili do autobusu – odpowiedziała mama.

Stanęliśmy przy finezyjnie kutej bramie strzegącej tunel, na końcu którego widać było kolejną furtkę.

– Nie można przez nią przechodzić – zadumał się jeden ze stojących obok nas mężczyzn. Nie pamiętam, by jechał z nami w autobusie, raczej był jednym z przewodników.

– A to dlaczego? – spytałam zaciekawiona.

– Bo na jej końcu znajduje się jesień, brakująca pora roku w tej krainie. Ten, kto przez nią przejdzie nie może stamtąd powrócić.

– Czyli nie można wejść do tunelu?

– Wejść tak, ale nie powinno się przechodzić na drugą stronę, bo można już nie wrócić.

– To jakaś miejscowa legenda, którą straszy się turystów? Wasza Biała Dama?

– To nie legenda, to prawda. Nikt z mieszkańców nawet się tu nie zbliża. Ludzie boją się tu podejść. Nie powinno się przechodzić naraz dwóch bram, bo tym samym przekracza się granicę…

– Granicę miasta? Jesieni? Myślę, że dzieci w błocie są dziwniejsze. Widziałyście je? – skinęłam na mamę  – Wyglądają jak mali azjaci pływający w baliach przy swoich domkach na wodzie. Dziwnie tu – podsumowałam, zaglądając nieco przez barierkę bramy. Mężczyzna oddalił się pośpiesznie, co uznałam za gest zezwolenia – Wchodzimy tam? Co robimy? Idziemy do tunelu czy wracamy?

– Wejdźmy ostrożnie, zerkniemy tylko, bo z tego, co mówił ten człowiek, nie tylko brama jest pięknie wykonana, ale i tunel, który ozdabiają liczne freski.

– Tak? To ja koniecznie muszę tam wejść – rzekłam i przekroczyłam pierwszą bramę. Wirtuozeria malowideł przeszła moje wszelkie oczekiwania. Wnętrze tunelu o barwach złota i ochry biło niesamowitym blaskiem i różnorodnością scen związanych z tematyką czterech pór roku. Obrazy były zlepkiem abstrakcyjnych symboli i realistycznych kadrów przyrodniczych, nakładały się na siebie stanowiąc zarazem klarowną jedność. Patrząc na nie, starałam się ogarnąć wzrokiem wszystko naraz. Przekazywały tak wiele, budząc tym samym osobliwy stan napięcia. Czułam się jakbym była uczestnikiem pradawnego rytuału.

– Lepiej wracajmy – powiedział mama.

– Dlaczego? Dojdźmy do końca tunelu, chcę zobaczyć drugą furtkę, widzicie ją? Jest taka mała. Nie rozumiem dlaczego nie można przez nią przechodzić, przecież tu jest przepięknie i im głębiej wchodzimy tym bardziej mi się podoba. Nie wiem jak wy, ale ja chcę ją zobaczyć z bliska. – mówiłam, nie przystając ani na krok, a gdy doszłam do bramki, rzeczywiście okazało się, że po jej drugiej stronie panuje jesień.

Widok był niesamowity. Zupełnie jakby złocony tunel oblewał swym blaskiem kolorowy pejzaż. Pod wpływem narastających emocji pchnęłam zakazaną bramkę, która sięgała mi do kolan i niewiele myśląc, weszłam w sferę złotej jesieni. Od razu zaatakowało mnie chłodne i rześkie powietrze, muskając mi twarz i tarmosząc włosy. Oczy łzawiły mi od wiatru.

– Jak tu niesamowicie – pomyślałam zachwycona. Pragnęłam zapamiętać jak najwięcej szczegółów, zabrać ze sobą część tego niezwykłego widoku, zachować chwilę, która wydawała mi się tak idealna, że wręcz niemożliwa do rejestracji. Przytykało mnie z radości, oczy łzawiły od widoku tak wielkiego piękna, a umysł szalał zaatakowany nadmiarem bodźców. Widziałam złoto w najczystszej postaci, widziałam jesień oblaną wszystkimi ciepłymi kolorami jakie tylko można sobie wymarzyć, widziałam słońce i wiatr, widziałam spokój i dreszcz, widziałam dźwięk babiego lata, falującego na wietrze, widziałam pocałunek słońca, które tuliło przestrzenie między liśćmi. Widziałam cały swój zachwyt, który odbijał się w moich źrenicach i pulsował wraz z każdym poruszającym się oddechem. Każdy jeden gest był multiplikowany do całej masy gestów. Każda masa wrażeń, była jednym odczuciem.

Pejzaż zza małej bramki przygniótł zupełnie krajobraz, który widziałam wcześniej, i jeśli tamten sprawił, że syciłam się jego niezwykłością, jesień zza bramki spowodowała moje zaniemówienie. Pomyślałam, że tak musi wyglądać Raj, a Raj nie był latem, Raj był jesienią. Bajkową i cichą. Powietrze pachniało słońcem, a pojedyncze ptaki przelatywały po lazurowym jasnym niebie poprószonym drobnymi i rozciągniętymi obłokami. Czułam się jak we śnie. Jak w świadomym śnie, w którym myślę i odczuwam.

Rozglądając się we wszystkich kierunkach, z żadnej strony nie dostrzegłam miasteczka. To tak jakby przechodząc przez tunel weszłam do zupełnie innego wymiaru. Nie było śladu po kąpiących się dzieciach, ani gęstego i parnego powietrza, ani widoku gór lodowych, ani drzew wiosennych, ale otaczała mnie wszechobecna jesień spoczywająca na każdym milimetrze przestrzeni. Jesień, w której zatracałam się bez reszty.

– Wracaj! – usłyszałam głuchy odgłos, który wyrwał mnie z amoku.

Spojrzałam na tunel. Na jego drugim krańcu, tuż przy pierwszej bramie stała moja rodzina.

– Już idę, już już, tu jest po prostu bajecznie.

Wbrew krążącym legendom, bez mniejszego problemu przekroczyłam ponownie małą furtkę i weszłam do tunelu, zbliżając się z każdym krokiem do czekających na mnie bliskich. I niby wszystko było w porządku, ale czułam, że tunel wygląda nieco inaczej, jakby jego złote barwy wyostrzyły się, a stare freski nabrały sycących kolorów. Szłam i szłam, ale nie mogłam dojść do celu, tunel wydłużał mi się sprawiając, że kroczyłam w miejscu, a przecież pamiętałam dokładnie, że kiedy wchodziłam do środka, wnętrze miało zaledwie dziesięć metrów, nie więcej.

– No chodź – nalegali. – Autokar zaraz ma odjeżdżać.

– Idę, staram się, poczekajcie.

Ale nie doszłam. Choć próbowałam z całych sił, nie posunęłam się do przodu ani na krok, zupełnie jakbym stała w miejscu, a kolorowe malowidła przesuwały się przed moimi oczyma niczym na taśmie. Wpatrywałam się w układ plam, który zaczął tworzyć szybko zmieniające się kształty i choć na pierwszy rzut oka atakował mnie zbiór przypadkowych piktogramów, wiedziałam, że patrzę na pismo obrazkowe. Próbowałam uciec od treści, ale jej ciężar przytłaczał mnie coraz bardziej. Nie przetwarzałam wiadomości na swój język, ja je po prostu widziałam i rozumiałam wszystko. Do mojej głowy raptem wpływały sceny, jakbym zamiast pojedynczych wyrazów połykała wzrokiem całą stronę. Nie mogłam wyjść z tunelu, utknęłam w nim zawieszona, a jesień zabrała mi czas. Zaczęłam intensywnie mrugać oczami, jakbym nie dowierzała własnym zmysłom. Ruch i intensywność obrazów przyprawiały mnie o zawrót głowy

– Co się dzieje? Widzicie mnie?

– Przekroczyłaś dwie bramy?

– Tak, ale to nie była żadna brama, to taka niska furtka, zresztą sama się otworzyła, przekroczyłam ją tylko, żeby zobaczyć jak tam jest.

– Nie staraj się do nas przejść – krzyczała, a ja słyszałam ją coraz mniej wyraźnie. Przecież to tylko jakaś głupia bramka. Nie mogły mnie tak po prostu zostawić, ja chciałam wrócić do domu, a jeśli to miał być żart, to wcale mnie nie bawił.

– Dlaczego? Chcecie mnie tu zostawić?

– Nie, ale tu jest tabliczka.

– Tabliczka? O czym ty mówisz? Jaka tabliczka? Nie pamiętam żadnej tabliczki.

– Na niej jest napisane, że jeśli ktoś wejdzie do tunelu i przekroczy strefę jesieni musi zostać tam na zawsze.

– Na zawsze, nie rozumiem, co to ma do rzeczy. Co ten facet ci nagadał? Mamo, mnie to nie bawi, jestem zmęczona i przerażasz mnie. Mamo, jesteś tam? – krzyczałam z całych sił, a ona milczała. Milczała, a ja przecież wiedziałam dlaczego.

– Wracając do nas, umrzesz. – wypaliła jakby szeptem, strzelając przeciągłym i cichym dźwiękiem, które przeleciało cały tunel, wpadając mi prosto do ucha.

­– Co? – wymamrotałam ogłuszona – Jeśli jakimś cudem uda mi się pokonać ten niekończący się tunel i przejść przez bramę to umrę. To nie ma sensu.

–Nie wracaj – płakała mama.

– Mamusiu! – zawołała moja córka, której głos odbił się echem o mury tunelu – ja chcę do ciebie. – A potem już tylko słyszałam jej kroki, jak wbiega do środka. Nic nie było ważne, mój strach, to że mam zostać lub wyjść, płacz matki, jakakolwiek pora roku. Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec jej na spotkanie.

– Mamusiu – spojrzała na mnie, gdy padłam przed jej stopkami – mamusiu chodź do nas – powtórzyła swym dziecięcym głosem.

– Nie, nie rób tego – powiedziała zbliżająca się od nas mama.  – Proszę nie rób tego, oddaj mi dziecko i nie wychodź stąd.

– Mamo, ale… mamo co ja mam zrobić? Zostać tu na zawsze? Sama? Ja chcę wrócić z wami do domu. Czy wy chcecie mnie tu zostawić? Błagam, mamo spójrz na mnie, nie zostawiajcie mnie. Mamo – płakałam – nie zostawiaj mnie. Ale ona szeptała coś po cichu, oddzierając ode mnie córkę.

– Chcecie się ze mną pożegnać i odejść? Zostawicie mnie tutaj, prawda? Mam zostać sama w jesieni? Przez otwór w tunelu patrzeć na tę przeklętą wioskę, zimowe góry, wiosenne drzewa i parne lato? – powoli recytowałam treść z obrazków – już nigdy stąd nie wyjdę…

– Dziecko –przytuliła mnie, a córka swoimi małymi rączkami złapała mnie za kolana.

– Tak będzie najlepiej, odprowadź nas, ale sama zostań przed bramą, proszę cię, obiecaj mi, że nie przekroczysz bramy. Nie wolno ci.

Zrobiłam jak chciała. Odprowadziłam ich do bramy, sama zostając w tunelu. Bałam się jak nigdy dotąd. Czułam złość i żal. Strach sprawiał, że na przemian robiło mi się słabo i niedobrze. Chciałam skamlać, by nie odchodziły, nie zostawiały mnie samej, ale one nic nie mogły zrobić, sama byłam sobie winna. Zatrułam swój organizm, wdychając nadmiar złotego pyłu, ściągnęłam przekleństwo. A może gdybym jeszcze raz weszła do jesieni i wyszła ponownie w imię zasady, czym się strujesz tym się lecz?

Zawiesiłam ręce w powietrzu, jakbym błagalnie chciała zatrzymać ich w miejscu i pobiegłam tunelem, oddalając się od nich coraz bardziej, a kiedy ujrzałam małą furtkę, nie otwierając jej, przeskoczyłam przez nią, ponownie znajdując się w pełnej czaru jesiennej krainie. Po raz kolejny poczułam błogość i spokój, zapomniałam o strachu, który jeszcze przed paroma minutami spazmatycznie targał moim ciałem. Złotawe barwy stawiały się tak hipnotyzujące, że wpatrując się w dal kolorowych drzew dostrzegłam scenę jak z bajki. Halucynacje zawładnęły całym moim ciałem. Przy ścieżce, w blasku słońca dostrzegłam jaśniejąca postać i im bardziej się zbliżałam, tym mocniej zapominałam, po co wróciłam do Jesieni. Mogłam tak stać i zatracić się, wejść powoli w kłęby jesiennej przestrzeni i zniknąć gdzieś za zakrętem bajkowej ścieżki. Pragnęłam obejrzeć ten cudowny świat, poznać jego każdy zakamarek, odkryć jeszcze więcej fascynujących i upojnych widoków i być nieziemsko szczęśliwa.

– Mamusiu – usłyszałam nagle cichy dźwięk. Głos tak cienki niczym liźnięcie nitki babiego lata, która przykleiła mi się do policzka. – Mamusiu wracaj.

Spojrzałam na zarastający bluszczem otwór tunelu i dostrzegłam na jego końcu małe niknące światełko, w którym stało kilka postaci.

– Mamusiu – usłyszałam ponownie, a bluszcz zaczął więdnąć tak jak i więdły we mnie cudowne myśli.

– Mamusiu, musiu, musiu, usiu – zmultiplikowało echo. Zrobiło mi się zimno, a tunel, dzięki swym złoceniom wydawał się być schronem tętniącym słonecznym blaskiem.

– Idę – zawołałam już całkiem przytomna.

Weszłam do tunelu i dotykając palcami jego jednej ze ścian, doszłam do wyjścia, a potem z całą świadomością tego co nastąpi, przekroczyłam bramę. Stanęłam tuż przy rodzinie, cała i wyzwolona, lecz drżałam, że zaraz nastąpi koniec. Mój koniec. Ale nie stało się zupełnie nic. Nie umarłam nagle i nie umierałam powoli. Po prostu przekroczyłam bramę i żyłam wolna ze świadomością tego, co dane mi było zobaczyć po tamtej stronie.

Jedyne, co umarło z czasem to moja pamięć po tym wydarzeniu. Minęło wiele dni i jeszcze więcej snów, które wyparły tamtą wycieczkę, lecz gdzieś tam głęboko odnajduję fragmenty uczuć z magicznej wyprawy i jestem w stanie opowiedzieć to jeszcze raz.

 

 

8.04.2008 godz.7:16 – 18.05.2008 godz. 16:45

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: