Projekcja

Spotkanie zaplanowano o osiemnastej, zazwyczaj o tej godzinie planowano wernisaże, weszliśmy więc do budynku u  którego wejścia przywitał nas osobliwy portier z hakiem zamiast prawej ręki. W sali jak na tak późną godzinę było dość pusto. Dostrzegłam jedynie nieznaną mi kobietę, młodego mężczyznę, który nie wiedzieć czemu, rozłożył się na kozetce umiejscowionej na samym środku sali oraz starca z siwą brodą i białymi włosami rzadko pokrywającymi czaszkę. Nikt nic nie mówił. Wszyscy byli zajęci sobą. Mężczyzna leżąc, patrzył się w sufit, starzec dumał przy oknie, a kobieta kuliła się w kącie. Dopiero portier ożywił sytuację, gdy wprowadził dziennikarza, który zaczął robić zdjęcia gołych ścian. Stałam ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i niepewnie uśmiechałam się  w pustkę. Portier przymknął szklane drzwi i stanął po drugiej stronie, zupełnie jakby pilnował, by nikt już nie opuścił sali.

Rozglądałam się po ścianach i suficie, kompletnie nie wiedząc, co mam ze sobą począć. Jasne włosy starca błyszczały w świetle padającego ze znajdujących się na prawo od wejścia obszernych okien, w których zamontowane żaluzje cięły boczną i przeciwległą ścianę na żółte pasy słońca chylącego się ku zachodowi. Panowała cisza. Rozglądałam się, i choć nadal nie rozumiałam celu naszego zebrania, czułam coraz mocniej ogarniającą mnie błogość. Właściwie to nie dziwił mnie brak eksponatów. Na happeningach takie rzeczy się zdarzały, nie martwił mnie spokój jak i ograniczona ilość osób, wręcz przeciwnie, czułam się wybrana, wyjątkowa, że mogę uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu, które zapewne miało po chwili się rozpocząć. Ale nikt nie przychodził, nikt nie otwierał imprezy, nikt nie wyjaśniał celu spotkania. Zaczęłam się więc zastanawiać czy po prostu refleksy rzucane na ściany nie stanowią motywu do kontemplacji i tym samym ktoś chce zbadać naszą wrażliwość? Malowanie słońcem. Słoneczne obrazy. Badanie zachowania ludzkiego…

Odczuwałam coraz bardziej wzmożoną radość, jakiś nieokreślony chichot wewnętrzny, który odepchnął wszystkie złe myśli i zmęczenie po całym dniu. Postanowiłam poddać się temu uczuciu i tak jak pozostali, nie zadawać zbędnych pytań, lecz trwać w tym transie. W amoku kompletnym. Sunęłam więc wolno po lśniącym parkiecie i uśmiechałam się mimowolnie. Było mi tak dobrze, tak błogo. Powieki opadały mi stopniowo. Chciałam tańczyć. To wówczas usłyszałam muzykę dochodzącą nie wiadomo skąd. Przystanęłam i, kołysząc się delikatnie na boki, usiłowałam dostrzec starca, którego twarz zdradzała ekstatyczną rozkosz. Wprawił swe osłupiałe ciało w ruch i unosząc ręce do góry, zamknął oczy. Zdawał się zupełnie stracić kontakt z rzeczywistością. On odpływał, a ja cieszyłam się jego szczęściem. Muzyka wypełniała przestrzeń, jego umysł i starcze ciało, które raziło konturem, a potem umilkła, a on upadł, jakby duch z niego uleciał. Zwyczajnie gruchnął na parkiet, jak szata pozbawiona właściciela.

Zdrętwiałam wśród echa ciszy. Spojrzałam na kobietę. Kuliła się coraz bardziej, a młody mężczyzna zaczął rozpinać swoje spodnie wśród nienaturalnie spazmatycznych ruchów. Powoli docierało do mnie co się dzieje, chciałam się wycofać, ale drzwi pilnował portier. Stał twardo za nimi, obserwując wydarzenia. Uczucie błogości odeszło w jednym momencie, a na jego miejscu pojawił się szary i zimny strach. Oranżowe smugi już nie grzały, one cięły moje ciało. Zaczęłam zbliżać się do wyjścia, ale portier podniósł swój hak, będąc gotowy na ugodzenie kogokolwiek, kto tylko zechce opuścić salę. Cofnęłam się więc i zbliżyłam do mężczyzny, który odsłaniał już majtki, dobierając się do członka. Kobieta wstała z kąta i podbiegła do niego, odpychając mnie nieco na bok, by mieć lepszy dostęp. Zupełnie nie przypominała tamtej zalęknionej i skromnej damy. Stała się napalona i wyuzdana.

Nie miałam już złudzeń. Doskonale zdawałam sobie sprawę z mojego położenia. Po prostu wiedziałam co się dzieje. Każdy z nas miał swoje wyobrażenie śmierci i w chwili, gdy miała ona przyjść, wypełniało się nasze ostatnie życzenie, została wyświetlana wizja śmierci, dzięki której człowiek odchodził szczęśliwy. Starzec w swojej ostatniej minucie usłyszał ulubiony utwór, by odejść w ekstazie jej cudownych dźwięków, by osiągnąć objawienie i umrzeć. Wyglądało to tak, jakby człowiek w dalekiej przeszłości zapisał swoje marzenie lub nawet wyobrażenie idealnej śmierci i w chwili, gdy nadchodzi jego kres, śmierć niczym złota rybka spełnia jego ostatnią wolę, wyświetla nagranie, by dać do zrozumienia, że  nadszedł już czas.

Na połyskującej posadzce leżał martwy starzec, zerknęłam na niego, a potem na mężczyznę, który wił się z rozkoszy, gdy usta kobiety gładziły jego ostatnią wolę. Musiałam się wydostać, wiedziałam bowiem, że jeśli tam zostanę, skończę jak oni – martwa na posadzce lub kozetce z rozwalonym rozporkiem, któremu dziennikarz robił zdjęcia, sapiąc co chwilę. Kobieta wytarła usta i wróciła do kąta, a mnie intrygowało, w jaki sposób ja mogłabym zaznać ostatecznego upojenia. Co się stanie, gdy przyjdzie mój czas, w końcu dwie osoby już nie żyły, a trzecia właśnie odchodziła. Musiałam się wydostać. Wizja chwilowego szczęścia – choć kusząca – nie zastąpi mi życia.

Portier stał drętwo, a kiedy patrzyłam w jego stronę, odchylał swój hak. Musiałam zostać i czekać skruszona na projekcję swojej śmierci. I nie żeby było mi jakoś  tak strasznie źle, ale  strach powoli paraliżował moje kończyny, gdy patrzyłam na euforyczne prologi stopniowej agonii ludzi. Musiałam się uspokoić, brakowało mi powietrza, a nisko osadzone słońce, które początkowo wprawiło mnie w błogi nastrój, teraz raziło niemiłosiernie, sprawiając mi ból. Podeszłam do okna i rozszerzyłam żaluzję. Portier nie zwracał na mnie uwagi, a okno nie było zabezpieczone. Pchnęłam je i bez trudu sturlałam się na zewnątrz, tym bardziej, że od ziemi dzielił mnie tylko metr. Upadłam na trawę i gdy ostatnia osoba doznała upojenia, wstałam i zaczęłam biec ile sił w nogach. Biegłam zaciskając zęby, biegłam, aż plątały mi się nogi, biegłam, a portier został wśród trupów. Byłam zgrzana i przerażona, ale gdy z zielonego wzgórza, na które wbiegłam, zobaczyłam miasto, sama doznałam uniesienia, lecz nie śmierć dodawała mi skrzydeł, lecz sam Anioł Stróż. Tam w dole bowiem była moja mama, tam w dolinie, w małym miasteczku mama prowadziła sklep z porcelaną. Resztkami sił doczłapałam do rynku i upadałam do stóp matki.

Ocknęłam się, gdy dawała mi żurek. Był ciepły i smaczny, a tato nosił towar, pytając, gdzie co postawić. Czułam się chora i słaba, wiedziałam, że ucieczka nie rozwiązała moich problemów, a jedynie przesunęła je w czasie. Oddaliła. Zbiegłam przed śmiercią, lecz czułam, jak sennym krokiem zbliża się do mnie, węszy moje ślady, aż zastanie mnie w tym składzie porcelany i zabierze, nie uznając sprzeciwu. Chwyci za włosy i wlec będzie na wzgórze, a potem ześlizgnie się ze mną, wrzucając mnie do lśniącej pustką sali projekcyjnej. A ja nie chciałam. Bałam się.

Lękałam się każdego przechodnia, drżałam pod wpływem szeptu, dźwięku czy na widok zwykłego cienia. Miałam omamy. Wyczuwałam ją. Poszłam do lekarza i on mnie uzdrowił. Wyjałowił mój chory umysł, z którego uleciała zapisana niegdyś projekcja. Projekcja mojej śmierci. I choć przez chwilę ciekawiło mnie czym ona jest, nie dowiedziałam się tego. I nadal nie wiem.

 24/25.02.2011

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: